Komisja Europejska zgodziła się na uprawę na terenie Wspólnoty genetycznie zmodyfikowanej odmiany ziemniaków. To pierwsza taka decyzja w Unii od 12 lat.
Odmianę Amflora, na której uprawę zgodziła się Komisja, opracował niemiecki koncern chemiczny BASF. Kartofle mają być uprawiane w celach - jak to określono - przemysłowych, czyli powinny zostać przeznaczone raczej na paszę dla zwierząt, a nie ludzi.
Komisja zgodziła się również na sprzedaż trzech odmian genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy, nie pozwoliła jednak na ich uprawę na terenie Wspólnoty.
Decyzja Komisji oznacza, że wszystkie kraje, nawet te niechętne produktom GMO, takie jak Polska, będą musiały zezwolić na uprawę zmodyfikowanego ziemniaka. Warszawa już kiedyś próbowała zakazać całkowicie żywności modyfikowanej, ale została zmuszona przez Komisję do zmiany przepisów. "Wyjściem z sytuacji jest jeszcze wprowadzenie tak zwanej klauzuli ochronnej" - mówi ekspertka Komisji Eleftheria Nearchou. To jednak nie będzie takie proste. „Jeśli kraj będzie chciał wprowadzić klauzulę ochronną, musi przedstawić nowe dane naukowe mówiące o szkodliwości dla zdrowia lub środowiska danego produktu" - dodaje ekspertka. Kraj członkowski musiałby podważyć decyzję Europejskiej Agencji do spraw Bezpieczeństwa Żywności, która zezwoliła na uprawę zmodyfikowanego ziemniaka.
Debata dotycząca produktów genetycznie modyfikowanych wywołuje zawsze wiele kontrowersji. Tym razem zaskakujący jest pośpiech. Komisja zdecydowała o zgodzie na uprawę Amflory w pierwszym miesiącu urzędowania. Wcześniej zmodyfikowany ziemniak czekał na zgodę Brukseli prawie 12 lat. Już pojawiają się komentarze, że nowa Komisja bardzo szybko uległa lobby przemysłowemu. Zgodę na uprawę roślin modyfikowanych Komisja wydała do tej pory tylko raz - w 1998 roku w przypadku odmiany kukurydzy o nazwie MON 810.
W decydująca fazę wchodzą prace nad niezwykle kontrowersyjną
nowelizacją ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Podpisz
protest przeciwko przepisom uderzającym w rodzinę i wolność.
- Jest to bolszewicki mechanizm prawny polegający na wierze w to, że
urzędnik pomoże - ocenia projekt nowelizacji poseł PO Jacek Żalek. - W
tym przypadku urzędnik może zaszkodzić swoją nadgorliwością.
- Chcieliśmy znaleźć złoty środek - twierdzi z kolei klubowa
koleżanka Żalka, Domicela Kopaczewska, członkini sejmowej Komisji
Polityki Społecznej i Rodziny. - Duże kontrowersje budziło pytanie, na
ile politycy mogą ingerować w rodzinę nie naruszając jej podstawowych
praw.
Zdaniem Kopaczewskiej proponowane rozwiązania są tak pomyślane, by
ingerencja w sprawy rodziny nie szła tak daleko, jak np. w Szwecji. Czy
rzeczywiście nie ma się czym niepokoić?
Dziwne zapisy
- Zwłaszcza zapis o możliwości odebrania dzieci przez urzędników bez
wyroku sądowego budzi kontrowersje. Zamiast rozwiązywać problemy,
stwarza zagrożenie rozbicia rodziny. A to droga do kolejnych patologii.
- nie ma wątpliwości Żalek.
Także Kościół oraz świeckie środowiska prorodzinne i katolickie są
bardzo zaniepokojone i głośno protestują przeciwko takiej nowelizacji
ustawy. Podkreślają potrzebę przeciwdziałania przemocy w każdym
środowisku, w tym także środowisku rodzinnym. Ale adekwatnie do
problemu. Ich zdaniem pozytywne założenia ustawy, jak np. zakaz
zbliżania się oprawcy rodzinnego do domu i zakaz kontaktów z
najbliższymi, nikną w gąszczu ideologicznych założeń.
Już 3 marca w Sejmie RP odbędzie się drugie czytanie nowelizacji
ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Nowelizację przygotowała
Sejmowa Komisja Polityki Społecznej i Rodziny, która oparła się na
dwóch projektach: rządowym i poselskim (Klubu Lewicy).
- Ustawa w obecnym kształcie jest zupełnie nie do przyjęcia. Same
definicje przemocy fizycznej czy psychicznej są po prostu dziwne -
ocenia w rozmowie z portalem Fronda.pl poseł Mariusz Błaszczak,
rzecznik prasowy klubu PiS. Dodaje, że kolejną kontrowersyjną rzeczą
jest wspomniana możliwość odbierania dzieci rodzicom przez opiekę
społeczną.
Państwowe porwanie dziecka
Jeśli bowiem ustawa wejdzie w życie, to na podstawie decyzji jednego
pracownika socjalnego będzie można odebrać rodzicom dziecko bez decyzji
sądu. - Potrzeba są środki przeciwdziałania przemocy skierowanej
przeciwko najmłodszym. Ale trzeba uważać, żeby nie wylać przysłowiowego
dziecka z kąpielą - mówi w rozmowie z portalem Fronda.pl poseł PSL
Mieczysław Kasprzak. - Byle klaps może spowodować wszczęcie
postępowania sądowego - ostrzega. Ale to Jolanta Fedak, minister pracy
i polityki społecznej rekomendowana przez PSL, promuje kontrowersyjne
rozwiązania.
Ten kontrowersyjny projekt Art. 12a. 1. brzmi : "(...) pracownik
socjalny wykonujący obowiązki służbowe ma prawo odebrać dziecko z
rodziny i umieścić je w rodzinie zastępczej lub w całodobowej placówce
opiekuńczo-wychowawczej. (...) 3. Czynności, o których mowa w ust. 1,
pracownik socjalny wykonuje przy udziale lekarza lub ratownika
medycznego, lub pielęgniarki, lub Policji."
– Będzie jak na Zachodzie, gdzie się mówi, że bulterierowi czasami
uda się wyrwać dziecko, a od pracownika socjalnego nigdy – ostrzega w
„Rzeczpospolitej” z 23 lutego br. prof. Marek Andrzejewski z Polskiej
Akademii Nauk specjalizujący się w prawie rodzinnym.
PO na razie wygląda na podzieloną w sprawie nowelizacji, podobnie
PSL. PiS będzie przeciw. Ustawę w proponowanym kształcie prawie na
pewno poprze natomiast Klub Lewicy. - Powinna zostać jak najszybciej
przyjęta. Jej potrzeba wynika z doświadczeń organizacji pozarządowych i
z tych kilku lat, które minęło od uchwalenia tej ustawy w pierwotnym
kształcie - mówi w rozmowie z nami wiceprzewodnicząca SLD Katarzyna
Piekarska. Choć lewica poprze ustawę Piekarska w jej ocenie formułuje
pewne "ale".
- Na przemoc wobec dzieci trzeba szybkiej reakcji. Ale też nie
jestem za nadmierną ingerencją państwa - stwierdziła Piekarska.
Podkreśla też, że pracownicy socjalni, nauczyciele i inni dorośli
mający kontakt z dziećmi powinni być wyczuleni i dobrze wyszkoleni pod
kątem przemocy wobec dzieci. Sama wytyka też opiece społecznej
zaniedbania powołując się na głośny przypadek noworodków zabitych przez
rodziców, których ciała były chowane w beczkach. - Osobiście wolę, żeby
dziecko zostało odebrane rodzicom za szybko, niż żeby zostało
znalezione w beczce - mówi Piekarska.
Nie krytykuj!
Na podstawie jakich wytycznych będzie pracować pracownik socjalny?
Na stronie internetowej Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej można
przeczytać poradnik pracownika socjalnego. Oto, jak jest w nim
definiowana przemoc wobec dzieci:
„Przemoc fizyczna jest to wszelkiego rodzaju bezpośrednie działanie
z użyciem siły, którego rezultatem jest nieprzypadkowe zranienie np.
popychanie, obezwładnianie, policzkowanie,szczypanie, kopanie,
duszenie, bicie otwartą ręką, pięścią lub przedmiotami, oblewanie
wrzątkiem lub substancjami żrącymi, użycie broni, itp.
Przemoc psychiczna jest to działanie prowadzące do zniszczenia
pozytywnego obrazu własnej osoby np.: wyśmiewanie, poniżanie,
upokarzanie, zawstydzenie, narzucanie własnych poglądów, ciągłe
krytykowanie, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów, stosowanie gróźb,
szantażowanie.
Przemoc seksualna jest to wymuszanie różnego rodzaju niechcianych
zachowań w celu zaspokojenia potrzeb seksualnych sprawcy np.
nieakceptowane pieszczoty, praktyki seksualne, seks z osobami trzecimi,
sadystyczne formy współżycia, krytykowanie zachowań seksualnych”.
Nie trzeba być prawnikiem, posłem ani ekspertem od spraw
społecznych, aby być zaniepokojonym niektórymi z powyższych wskazówek.
Co to znaczy na przykład, że rodzic nie będzie mógł "narzucać własnych
poglądów” lub „ograniczać kontaktów”. Co oznacza "ciągłe krytykowanie"?
- Już sama nazwa ustawy uderza i deprecjonuje rodzinę - zwraca uwagę
poseł Błaszczak. - Łączenie słów "przemoc" i "rodzina" jest
niesprawiedliwe w stosunku do rodziny. Podważa się tym samy wychowawczą
rolę rodziny, nie wspominając przy tym, że zaznacza część tej przemocy
dzieje się w związkach niesformalizowanych, dalekich od tradycyjnego
modelu rodziny - wyjaśnia.
Strona kościelna Zespołu ds. Rodziny Komisji Wspólnej Rządu RP i Konferencji Episkopatu Polski
także ma wątpliwości wobec tytułu ustawy, który jej zdaniem jest
nieadekwatny do treści, gdyż dotyczy osób wspólnie zamieszkujących -
nawet przez bardzo krótki okres - a osoby te nie muszą być w
jakichkolwiek stosunkach rodzinnych. "Dlatego uważamy, że powinien być
zmieniony np.: na ustawę o przemocy domowej" - piszą reprezentujący
Episkopat Joanna Krupska, Antoni Szymański i Paweł Wosicki.
Służby specjalne do spraw rodziny?
Ale to nie wszystko. Ustawa zakłada również powołanie tzw. zespołów
interdyscyplinarnych, które poddadzą nadzorowi „podejrzane” rodziny. W
tym celu nadzorcze zespoły będą dysponowały prawem przetwarzania
wrażliwych danych, w tym danych o stanie ich zdrowia i życiu rodzinnym.
Bez wiedzy nawet osoby, co do której są przynajmniej podejrzenia, że
jest ofiarą domowej przemocy, czyli np. dorosłej kobiety, zespół może
gromadzić informacje o stanie jej zdrowia. Innymi słowy, rodzina może
być skontrolowana nawet bez wiedzy jakiegokolwiek jej członka!
Krajowa Rada Kuratorów oznajmiła, że te propozycje nie były z nią
konsultowane jako samorządową reprezentacją kuratorów. Rada po analizie
projektu proponuje rezygnację z obligatoryjnego powoływania zespołów
interdyscyplinarnych i uważa, że zespół interdyscyplinarny jest metodą,
a nie formą, która wymagałaby trwałej struktury. Dlatego kuratorzy
chcą, aby ustawa stwarzała możliwość, a nie obowiązek, powoływania tych
zespołów. Kuratorzy są też sceptyczni wobec propozycji takich, jak:
zbieranie danych teleadresowych, weryfikowanie podejrzeń, planowanie
strategii.
Uważają, że działania takie wiążą się, w wysokim stopniu, z
ingerowaniem w życie rodziny, a nawet mogą być związane z działaniem
wbrew jej intencjom i życzeniom. To, ich zdaniem, dopuszczalne jest
tylko w uzasadnionych, ściśle określonych przypadkach. KRK sprzeciwia
się zespołowi interdyscyplinarnemu również ze względów na koszty
utrzymania takiej struktury.
To nie są żarty. Za lekkomyślność i ignorancję naszego pokolenia mogą słono zapłacić nasze dzieci i wnuki. Tu jest mowa o poważnej groźbie nieodwracalnego skażenia całej żywności w Polsce i nie tylko. Ten temat zasługuje na więcej uwagi niż przepychanki komisji śledczej i opinie dziennikarzy.
Całość materiału podzielona na odcinki znajduje się w You Tube
PiS-owskie i okoliczne projekty nowej polskiej konstytucji zawierają obostrzenia w kwestii ratyfikacji umów międzynarodowych. Będzie to przedstawiane patriotycznym wyborcom jako blokada wobec dalszego ograniczania suwerenności Polski. Polacy nie powinni uwierzyć w tę propagandę. Bracia Kaczyńscy mogli sobie pozwolić na pseudoniepodległościowe pomysły w projekcie tylko dlatego, że ich eksperci konstytucyjni znają traktat lizboński i jego sprytne klauzule. Jedna z nich, zwana klauzulą kładki (passerelle) lub klauzulą schodów ruchomych, przewiduje, iż dalsze zmiany ustroju Unii nie będą już wymagały traktatów ratyfikowanych przez parlamenty i prezydentów. Lech Kaczyński, wiedząc o tym, podpisał się pod traktatem, który w perspektywie kilku lat ma odebrać. Polsce do reszty suwerenność, czyniąc z niej riespublikę Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Jeśli obecny prezydent resztek Rzeczypospolitej zrobił to nieświadomie, powinien o swojej ignorancji publicznie poinformować.
Co to jest kładka?
Wyjaśnienie należy się nie tylko Czytelnikom. Większość polskich polityków nie wie, czym ona jest. Generalnie klauzula (czyli postanowienie umowne, traktatowe) zwane kładką – to furtka dla Rady Europejskiej (zgromadzenia głów państw) umożliwiająca im jednogłośne upoważnienie rady ministrów (czyli ministrów od jednej sprawy zgromadzonych razem) do głosowania kwalifikowaną większością we wskazanych (mniej lub bardziej precyzyjnie) sprawach. Dla organizacji grupujących suwerenów jedynym dotąd przez wieki dopuszczalnym sposobem decydowania była jednomyślność. Żadna grupa suwerenów w historii nie zgodziła się na głosowanie we własnym gronie większością głosów. Już samo złamanie tej tradycji pokazuje, że w unijnym ustroju Polska nie jest suwerenem. Ba! Jeśli przyjąć prawnicze rozróżnienie, iż nie ma „częściowej suwerenności”, czy też „suwerenności dzielonej”, a państwo albo jest całkiem suwerenne, albo nie jest takie w ogóle, pozostaje tylko jedna wykładnia tego ładu prawnego: Polska już nie jest suwerennym państwem, bo się swojej suwerenności zrzekła. O tym pisaliśmy w „NCz” jesienią. Pozostaje zatem pytaniem, czy wysokie prawdopodobieństwo sfałszowania referendum akcesyjnego osłabia tę wykładnię.
Przypomnijmy, że zgodnie z aktem wykonawczym do ustawy archiwalnej, wydanym przez ministra kultury (sic!), osławionego Waldemara Dąbrowskiego, dokumentacja referendum została pośpiesznie zniszczona. Klauzula kładki od 1992 roku dotyczy policji i współpracy wymiaru sprawiedliwości. Od 2001 roku – imigracji i azylu, polityki społecznej i ekologii. W 2004 roku Rada Europejska zastosowała ją w praktyce do polityki imigracyjnej. Traktat lizboński rozciąga ją na wszystkie dziedziny, wyjąwszy obronę. Oczywiście – można powiedzieć, że bez zgody polskiego uczestnika Rady Europejskiej wejście na kładkę będzie niemożliwe, ale nadal wysoce prawdopodobne jest, że prezydentem lub premierem (a więc tym właśnie uczestnikiem) będzie zwolennik Polski jako powiatu na skraju Europaństwa. Ponadto klimat Rad Europejskich nie sprzyja sprzeciwom. Istnieje wiele sposobów, żeby pojedynczego człowieka – i to nie monarchę, tylko wybranego na parę chwil urzędnika – omotać i skłonić do zgubnej decyzji.
Na kładce decydujące będą realne atrybuty suwerenności. Państwo pozbawione pieniędzy, armii, policji, wywiadu i służby dyplomatycznej jest z góry skazane na porażkę. Na plus panom Tuskowi i Sikorskiemu można zapisać, że przynajmniej polskiej dyplomacji nie postawili do rozporządzenia czerwonej baronessie, zwanej w PO trafnie „Eurofotygą”. Co do innych atrybutów… po prostu Polska ich nie ma.
Schluss!
Klauzulę kładki porządek lizboński poddaje innej klauzuli – wyższej hierarchicznie. Jest to klauzula parasola, która upoważnia do stosowania klauzuli kładki. W zasadzie tę pierwszą nazwę możemy zapomnieć. Zacznijmy o początku. Poprawki do traktatów unijnych w sposób zwyczajny można będzie wnosić ścieżką wiodąca od konferencji międzyrządowej aż do ratyfikacji przez poszczególne państwa członkowskie. W nieco uproszczonej procedurze będzie to decyzja Rady Europejskiej poddana ratyfikacji. W najbardziej uproszczonym postępowaniu (a gwarantuję, że będzie to właśnie procedura najczęstsza), Rada Europejska jednogłośnie zgodzi się na rezygnację z procedury traktatowej. Wtedy zmiana ustroju superpaństwa nastąpi w drodze tajnych, gabinetowych przetargów. Głosowanie większościowe na forum Rady Ministrów na razie miałoby być rozstrzygane według nicejskiej, a nie lizbońskiej, kalkulacji głosów, ale to i tak oznacza koniec państwa polskiego w jego znanej dotąd formie.
Zanim jednak walec integracji do końca zgniecie suwerenność mniejszych państw narodowych, zdarzyć się może wiele rzeczy. Katastrofa finansów publicznych w Grecji, Hiszpanii, Irlandii, być może we Włoszech, a nawet w Wielkiej Brytanii, może skłonić niemieckie kręgi gospodarcze do buntu. Niemcy, potężnie dotknięte depresją, coraz mają coraz mniejszą ochotę finansować eurokołchoz. Powiedzą: „Schluss!” Zażądają prawa do autentycznej ekspansji, której od 1945 roku odmawiały im mocarstwa zwycięskie, albo stworzą nową konstelację według własnego interesu. Akurat na to mają dość kapitału i inteligencji. I wtedy kładka poprowadzi Unię wśród mgły ku bagnistej toni bez wyjścia.
Regulacja kwestii żywności modyfikowanej genetycznie zbliża się wielkimi krokami. Przeciwnicy GMO alarmują przed konsekwencjami zdrowotnymi, zwolennicy odpowiadają: nie macie dowodów.
Rządowy projekt zakłada dostosowanie polskiego prawa do unijnego, kontrolę badań laboratoryjnych i rejestrację obrotu nasionami. Jednocześnie zmniejsza kary za nielegalne uprawy i handel. We wtorek przed komisjami Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa oraz Rolnictwa i Rozwoju Wsi odbyło się wysłuchanie publiczne w sprawie ustawy.
Głos zabierali głównie przeciwnicy GMO (którzy są jednocześnie przeciwni projektowi rządu), wskazując na szkodliwość upraw i niepewność związaną z ich wpływem na człowieka. Uważają też, że rośliny modyfikowane genetycznie mają być zagrożeniem dla rodzimego ekosystemu. Z kolei zwolennicy wskazują na fakt, że już dzisiaj większość żywności jest modyfikowana genetycznie i nic szczególnego się nie dzieje. Ich zdaniem nie ma dowodów na szkodliwość GMO, która stanowi szansę dla wielu plantatorów i konsumentów.
Genetyczne trucie, czy bujda na resorach?
Na wysłuchaniu obecny był m.in. Szymon Surmacz z Instytutu Spraw Obywatelskich. - Chcemy, by tak jak w niektórych innych krajach europejskich zakazać upraw kukurydzy MON 810 – mówi portalowi Fronda.pl. Organizacja, której jest ekspertem, sprzeciwia się uchwaleniu ustawy w obecnym kształcie. - W tej chwili przepisy są bardzo rozproszone i właściwie nie wiadomo, czy w końcu rolnik może sadzić kukurydzę MON810, czy nie. Rzeczywiście przydałoby się zebranie przepisów do jednej ustawy, by nie było bałaganu. Jednak nie do przyjęcia w proponowanej ustawie jest to, że zezwala ona na uprawy kukurydzy modyfikowanej – uważa Surmacz.
Innego zdania jest grupa rolników skupionych w kilku organizacjach, m.in. Koalicji na rzecz Nowoczesnego Rolnictwa. - Dlaczego o tym, czy będziemy stosować takie czy inne odmiany roślin uprawnych mają decydować politycy? Czy taka decyzja nie powinna należeć do rolników? Wszystkie dopuszczone przez odpowiednie autorytety i instytucje naukowe technologie mogą być bezpiecznie wykorzystywane. Dlaczego zatem politycy w Polsce tak bardzo chcą nam utrudnić dostęp do GMO, nie mając ku temu żadnych podstaw naukowych i ekonomicznych? - pytają w liście do posłów i senatorów.
Przeciwnicy GMO powołują się jednak na badania, które mają świadczyć o szkodliwości upraw roślin modyfikowanych genetycznie. Duża część modyfikacji polega na uodparnianiu roślin na pestycydy, bądź bezpośrednio na szkodniki. - Jest udowodnione, że niektóre odmiany bawełny modyfikowanej wywołują alergie skórne i pokarmowe. Wynika to z tego, iż roślina sama produkuje truciznę, która nie pozwala jej niszczyć szkodnikom. W efekcie powoduje ona także makabryczne poparzenia u rolników, którzy ją zbierają, np. w Indiach. W ten sposób modyfikuje się także soję, kukurydzę i rzepak – uważa Surmacz.
Zdaniem prof. Tomasza Twardowskiego z Polskiej Federacji Biotechnologii nie ma jednak dowodów na szkodliwość tych upraw. - Wbrew popularnym opiniom tych, którzy określają się jako „odpowiedzialni uczeni”, nie ma reproduktywnych, a przez to wiarygodnych informacji o negatywnych efektach inżynierii genetycznej dla człowieka lub środowiska. Natomiast są liczne dane jednoznacznie wykazujące pozytywne efekty, jak przykładowo: wyższe zyski rolników, zmniejszenie ilości stosowanych herbicydów i pestycydów, a przez to obniżenie skażenia środowiska; produkcja leków czy też oczyszczanie środowiska naturalnego – to kwestie nie podlegające nawet krytyce – pisze.
Naukowiec przytacza także koszty, które będą wynikać z zakazu GMO. - Polska nie jest samowystarczalna żywnościowo. Rocznie importujemy ok. 2 mln ton genetycznie zmodyfikowanej soi i kukurydzy na pasze. Można kupić surowiec niezmodyfikowany, ale ok. 30 proc. drożej. Wtedy albo produkty powstałe na bazie tych pasz (jaja, mleko, kurczaki, schab, wołowina) podrożeją o blisko 10-20 proc., albo te same produkty będziemy importować. Tyle że sprowadzane z zagranicy, np. kurczaki będą skarmione paszą genetycznie zmodyfikowaną i na dodatek będą droższe, bo z importu – uważa biotechnolog.
Co powiedzą komisje?
Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy GMO są krytycznie nastawieni do projektu rządowego. Obecnie znajduje się on w komisjach środowiska i rolnictwa; komisja środowiska powołała także podkomisję, która ma zająć się projektem. Los projektu w sejmie jest niepewny, bo nawet w Platformie Obywatelskiej, zdania na ten temat są mocno podzielone. A najczęściej jest tak, że posłowie w ogóle nie mają wyrobionego zdania w tej sprawie. - Zdecydowana większość osób wypowiadających się podczas wysłuchania sprzeciwiała się GMO. Nie mam ostatecznie wyrobionego poglądu, podobnie jak chyba większość posłów należących do komisji – mówi w rozmowie z portalem Fronda.pl poseł Henryk Milcarz z klubu Lewica. Wygląda jednak na to, że komisja albo odrzuci, albo zaostrzy zapisy projektu.
- Jestem zwolennikiem jak najdalej posuniętego ograniczenia GMO i dokładnego badania genetycznych modyfikacji. Siłą rzeczy nie można jednak całkowicie ograniczyć żywności genetycznie modyfikowanej, choćby ze względu na prawo europejskie. Dlatego trzeba sprawę rozważyć racjonalnie – mówi w rozmowie z nami poseł Arkadiusz Litwiński z Platformy Obywatelskiej. W podobnym tonie wypowiada się poseł Stanisław Kalemba z Polskiego Stronnictwa Ludowego. - Moim zdaniem przy takiej różnorodności roślin chronionych, jaką mamy w Polsce, niemożliwe jest utrzymywanie upraw GMO bez kosztów. Koegzystencja tego typu organizmów jest niemożliwa. Potrzebne są bardzo precyzyjne badania naukowe, które dadzą odpowiedź, jak duże jest zagrożenie – twierdzi polityk w rozmowie z portalem Fronda.pl. - Dlatego potrzebne jest wyraźne oznakowanie, jaka żywność jest, a jaka nie jest tego pochodzenia. Klub zajmie stanowisko przed głosowaniem, ale większość posłów stoi na stanowisku, by całkowicie zakazać GMO. Oczywiście jest jeszcze prawo europejskie i koalicjant, z którym musimy uzgodnić wspólne środowisko – dodaje.
Co powie sejm?
Wśród głównych przeciwników upraw genetycznie modyfikowanych jest także były minister środowiska (dziś poseł PiS) Jan Szyszko, jest więc prawdopodobne, że albo ustawa zostanie odrzucona, albo zaostrzona. Nie jest bowiem prawdą, że Unia Europejska nakazuje Polsce umożliwienie upraw GMO. Siedem państw UE zakazało hodowli kukurydzy MON 810 – jednak instytucje europejskie nie mają jednoznacznego stanowiska wobec tego zakazu. Ani Rada, ani Komisja Europejska nie podjęły decyzji w sprawie uchylenia zakazów w czterech z nich, czyli Austrii, Francji, Grecji i na Węgrzech.
Nie wiadomo właściwie, jak ostatecznie zdecydują kluby parlamentarne. Przykładowo: poseł Platformy Obywatelskiej Andrzej Czuma, który prowadził ożywioną korespondencję z pewną zwolenniczą zakazu GMO, wysłał do niej bardzo ostrą odmowę wsparcia zakazu upraw roślin genetycznie modyfikowanych. - Nie jestem entuzjastą regulowania produkcji i konsumpcji żywności przez władze publiczne. Jeśli żywność, którą krytykuje popierana przez Panią organizacja, jest istotnie tak niezdrowa to bez ingerencji władz publicznych jej uprawy zostaną zlikwidowane, ponieważ produkt nie znajdzie nabywców. Jednocześnie pozwolę sobie przypomnieć, że organizacja Greenpeace przez wiele lat zaangażowana była w ruch pacyfistyczny, który utrudniał prowadzenie polityki obronnej państw NATO i zapewne przypadkowo dobrze służył potrzebom polityki Związku Sowieckiego. Z tego względu trudno byłoby mi uwierzyć w koncepcje głoszone przez tę organizację – można było przeczytać w odręcznie podpisanym liście.
Także olsztyński parlamentarzysta PO Janusz Cichoń przeciwstawia się poglądom przeciwników GMO. - Przyszedł do mnie młody człowiek z tendencyjnie skonstruowaną ankietą, nakłaniający mnie do sprzeciwu wobec upraw – mówi portalowi Fronda.pl. - Rozmawiałem z nim chyba dwie godziny i nie byłem w stanie otworzyć mu oczu na to, że sprawa GMO jest w Polsce bardzo przekłamana. Naocznie przekonałem się, że kierowało nim sporo emocji i ideologia, której nie mogę zrozumieć – twierdzi polityk. - Badania naukowe nie wykazują, by żywność modyfikowana genetycznie była szkodliwa. Co więcej, trudno znaleźć w Polsce jakąkolwiek roślinę uprawną, która powstałaby bez ingerencji człowieka. Nie uważam, by w tym zakresie powinna funkcjonować wolna amerykanka i by nie były prowadzone nad tym zagadnieniem badania. Ale całkowity zakaz GMO jest po prostu szkodliwy – uważa Cichoń.
W tej chwili projektem ustawy zajmuje się podkomisja, później, gdy poprawki przyjmą komisje, znów będzie się nim zajmować sejm na posiedzeniu plenarnym.
Parlament Europejski zatwierdził kolegium unijnych ministrów. 488 posłów opowiedziało się za powołaniem nowej Komisji Europejskiej w proponowanym składzie, 137 było temu przeciwnych, a 72 wstrzymało się od głosu.
Większość posłów z grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w ostatniej chwili zdecydowała, że nie będzie głosować przeciw, ale wstrzyma się od głosu w kwestii udzielenia wotum zaufania dla nowej Komisji Europejskiej, której pracami pokieruje José Manuel Barroso. Polscy posłowie z tej frakcji mieli poważne zastrzeżenia co do kompetencji niektórych desygnowanych komisarzy, szczególnie wysokiego przedstawiciela UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa - Catherine Ashton. Podczas przesłuchania wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej nie udzieliła zadowalających odpowiedzi w sprawie Gazociągu Północnego i wielu innych kwestii istotnych z punktu widzenia polityki zagranicznej Polski. Głos w tej sprawie na forum PE zabrał prof. Mirosław Piotrowski, który stwierdził, iż drużyna prężących muskuły komisarzy jest wątła, a obrazu tego nie są w stanie zmienić nieliczni dobrze przygotowani merytorycznie kandydaci. - Zobligowani byliśmy głosować nad całą Komisją en bloc. Nie przedstawiła ona klarownej strategii działania. Głosowałem przeciwko. W kontekście braku przejrzystości oraz niekorzystnych decyzji wobec polskiego sektora stoczniowego, cukrowego i innych uważam, że nie można było tej Komisji poprzeć - powiedział "Naszemu Dziennikowi" europoseł Mirosław Piotrowski. Z innej perspektywy krytykował komisarzy europoseł Daniel Cohn-Bendit (Zieloni). Stwierdził wczoraj, że większość z nich nie posiada ani determinacji, ani wizji potrzebnych w tworzeniu jednorodnej struktury państwowej. Ashton dostało się również od Nigela Farage'a (Europa Wolności i Demokracji), który na forum PE stwierdził, że notorycznie uchyla się ona od odpowiedzi na tak istotne pytania, jak finansowanie jej działalności politycznej przez Partię Komunistyczną Wielkiej Brytanii. Pomimo zastrzeżeń wielu posłów co do komunistycznej przeszłości kilku osób desygnowanych na unijnych ministrów (Siim Kallas, Maro˘s ˘Sef˘covi˘c, ˘Stefan Füle, Andris Piebalgs, Janez Poto˘cnik) członkowie frakcji Europejskiej Partii Ludowej (EPP), największej grupy politycznej w PE, zagłosowali za udzieleniem wotum zaufania dla nowej Komisji Europejskiej.
Nowi unijni komisarze będą pełnić swoją funkcję przez pięć lat.
Dawid Nahajowski, Strasburg
José Manuel Barroso (Portugalia) Przewodniczący KE; na swoją pierwszą kadencję przewodniczącego został wybrany tylko i wyłącznie dlatego, że wzbudzał najmniejsze kontrowersje; zwolennik zbliżenia UE i Stanów Zjednoczonych, z wykształcenia prawnik; były premier Portugalii, a wcześniej minister spraw zagranicznych z nadania ugrupowań lewicowych, w młodości działał w partii komunistycznej; był m.in. oddanym działaczem maoistycznej grupy Ruch Reorganizacyjny Partii Proletariackiej. Także tegoroczna nominacja przypadła portugalskiemu politykowi ze względu na fakt, iż wydaje się on najmniej konfliktowym przedstawicielem europejskiej klasy politycznej.
Joaquín Almunia (Hiszpania) Wiceprzewodniczący KE; komisarz ds. konkurencji; wcześniej jako komisarz ds. gospodarczych i walutowych doprowadził do uchylenia kar dla Niemiec i Francji za notoryczne przekraczanie dozwolonego deficytu budżetowego.
László Andor (Węgry) Komisarz zatrudnienia, spraw społecznych i integracji; kolejny socjalista wśród członków KE, podejrzany o bliskie kontakty z reżimem komunistycznym na Węgrzech przed 1989 r.; założyciel neomarksistowskiego pisma "Świadomość".
Catherine Ashton (Wielka Bry tania) Wiceprzewodnicząca KE; wysoki przedstawiciel Unii ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa Komisji; wcześniej aktywna działaczka i skarbnik Kampanii na rzecz Rozbrojenia Nuklearnego, organizacji finansowanej przez rosyjskich komunistów.
Michel Barnier (Francja) Komisarz ds. rynku wewnętrznego i usług; bliski utraty teki ze względu na podejrzenia o możliwość kierowania się interesami narodowymi w prowadzonej polityce; w 2009 wybrany na posła do PE; w latach 1999-2004 komisarz ds. polityki regionalnej; od 2004 minister spraw zagranicznych Francji.
Dacian Ciolos (Rumunia) Komisarz ds. rolnictwa i rozwoju obszarów wiejskich; inżynier rolnictwa; były szef prezydenckiej komisji polityki publicznej rozwoju rolnego Rumunii; wcześniej minister ds. rolnictwa i rozwoju wsi.
John Dalli (Malta) Komisarz ds. zdrowia i polityki konsumenckiej; od 1990 nieprzerwanie minister w kolejnych gabinetach prawicowych Malty.
Maria Damanaki (Grecja) Komisarz ds. gospodarki morskiej i rybołówstwa; w latach 1977-1993 członek greckiego parlamentu z ramienia Partii Komunistycznej; rybołówstwem nigdy się nie zajmowała.
˘Stefan Füle (Czechy) Komisarz ds. rozszerzenia i europejskiej polityki sąsiedztwa; w latach 80. student moskiewskiej uczelni dyplomatycznej MGIMO; członek Czechosłowackiej Partii Komunistycznej; w latach 2005-2009 stały przedstawiciel Republiki Czeskiej przy NATO; ambasador Czech w Zjednoczonym Królestwie (2003-2005) oraz na Litwie (2000-2001).
Karel De Gucht (Belgia) Komisarz ds. handlu; liberał; z wykształcenia prawnik; w latach 2004-2009 minister spraw zagranicznych Belgii; niezbyt przychylnie przyjęty przez część europosłów ze względu na swoje niskie zainteresowanie kwestią ograniczenia emisji CO2.
Kristalina Georgiewa (Bułgaria) Komisarz ds. współpracy międzynarodowej, pomocy humanitarnej i reagowania kryzysowego; doktor ekonomii; była wiceprzewodnicząca Banku Światowego, w ostatniej chwili zastąpiła na tym stanowisku Rumianę Żelewą oskarżoną o składanie fałszywych deklaracji podatkowych.
Johannes Hahn (Austria) Komisarz ds. polityki regionalnej; w krajowym rządzie przewodził resortom nauki i badań, a także sprawiedliwości; w 2007 roku oskarżony przez austriackie media o to, iż jego praca doktorska była w dużym stopniu plagiatem.
Connie Hedegaard (Dania) Komisarz ds. działania w dziedzinie klimatu; w krajowym rządzie zajmowała się polityką klimatyczną; wyznawczyni teorii globalnego ocieplenia z przyczyn człowieka; opowiada się za jak największymi redukcjami emisji CO2.
Maire Geoghegan-Quinn (Irlandia) Komisarz ds. badań naukowych i innowacji; członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego; ubiegała się o tekę budżetową; w kraju pełniła funkcje ministra sprawiedliwości, ds. turystyki, transportu i komunikacji oraz spraw europejskich.
Siim Kallas (Estonia) Wiceprzewodniczący KE; komisarz ds. transportu; były premier Estonii; przez 20 lat członek Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, skazany wyrokiem sądowym za składanie fałszywych informacji.
Neelie Kroes (Holandia) Wiceprzewodnicząca KE; komisarz ds. agendy cyfrowej; w latach 2004-2009 komisarz ds. konkurencji; jej decyzje, blokujące możliwość pomocy ze strony państwa, w istotnym stopniu wpłynęły na fatalną sytuację polskich stoczni w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie.
Janusz Lewandowski (Polska) Komisarz ds. budżetu i programowania finansowego; przedstawiciel środowiska gdańskich liberałów; współzałożyciel Kongresu Liberalno-Demokratycznego; opracowywał program powszechnej prywatyzacji Polski, czyli projekt Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, który jest uważany za jeden z największych skandali prywatyzacyjnych w Polsce.
Cecilia Malmström (Szwecja) Komisarz ds. spraw wewnętrznych; aktywistka ruchów homoseksualnych; od 2006 roku, kiedy pełniła funkcję ministra ds. europejskich, zasłynęła jedynie ze straszenia Irlandii, iż jeśli ta nie podpisze traktatu lizbońskiego, straci swojego przedstawiciela w KE; w latach 1999-2006 członek Parlamentu Europejskiego.
Viviane Reding (Luksemburg) Wiceprzewodnicząca KE; komisarz ds. sprawiedliwości, praw podstawowych i obywatelskich; prawie pozbawiona nominacji ze względu na deklaracje, że nie zamierza wspierać promocji związków homoseksualnych.
Günter Oettinger (Niemcy) Komisarz ds. energii; były premier Badenii-Wirtembergii; z wykształcenia adwokat; zwolennik energii atomowej oraz uniezależnienia się energetycznego od Rosji.
Andris Piebalgs (Łotwa) Komisarz ds. rozwoju; wcześniej komisarz UE ds. polityki energetycznej; z wykształcenia matematyk; wcześniej przewodził resortom spraw zagranicznych oraz finansów; pełnił także funkcję ambasadora Łotwy przy UE; ambasador Łotwy w Estonii.
Janez Poto˘cnik (Słowenia) Komisarz ds. środowiska; doktor ekonomii; pełnił funkcję głównego negocjatora warunków akcesji Słowenii do Unii Europejskiej; minister do spraw europejskich oraz dyrektor Instytutu Analiz Makroekonomicznych i Rozwoju w Lublanie.
Olli Rehn (Finlandia) Komisarz ds. spraw gospodarczych i walutowych; doktor filozofii i magister nauk politycznych; dyrektor gabinetu w Komisji Europejskiej; wywierał silne naciski na powtórzenie referendum w Irlandii odnośnie do wejścia w życie traktatu lizbońskiego.
Maros˘ ˘Sef˘covi˘c (Słowacja) Wiceprzewodniczący KE; komisarz ds. stosunków międzyinstytucjonalnych i administracji, absolwent moskiewskiego MGIMO, ambasador Słowacji w Izraelu (1999-2002) i przy Wspólnotach Europejskich.
Algirdas ˘Semeta (Litwa) Komisarz ds. podatków i unii celnej, audytu oraz zwalczania nadużyć finansowych; były minister finansów Republiki Litewskiej; od lipca 2009 r. komisarz ds. programowania finansowego i budżetu; zastąpił Dalię Grybauskaite, która objęła urząd prezydenta Republiki Litewskiej.
Antonio Tajani (Włochy) Wiceprzewodniczący KE; komisarz ds. przemysłu i przedsiębiorczości; ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Rzymskim - Sapienza; w maju 2008 r. zastąpił Franco Frattiniego na stanowisku wiceprzewodniczącego KE i komisarza ds. transportu.
Androulla Vassiliou (Cypr) Komisarz ds. edukacji, kultury, wielojęzyczności i młodzieży; od 2008 roku komisarz ds. zdrowia. Żona byłego prezydenta Cypru, absolwentka prawa i stosunków międzynarodowych prestiżowych uczelni brytyjskich. Ponadto była przewodniczącą Cypryjskiej Federacji Kobiet Prowadzących Działalność Gospodarczą i Wykonujących Wolny Zawód.
W styczniu podobnie jak i w grudniu powstają kolejne przyczyny, dzięki którym będzie można powołać następną komisję śledczą w celu ich wyjaśnienia. Chodzi o typowe związki biznesu z polityką umożliwiające dokonanie w lutym uchwalenia ustawy ułatwiającej w marcu przeprowadzenie zmian w konstytucji torujących drogę do wdrożenia nowych przepisów prawa w kwietniu, na mocy których będzie można zatuszować wielomiliardowe przekręty w maju.
„Nie wiemy, czym to się skończy”, przewiduje Donald Tusk (nazwisko zmienione – przyp. red.), obecny premier (nazwa stanowiska zmieniona – przyp. red ). „Przewiduję jakąś brudną grę polityczną na jesieni”, kończy wypowiedź. „To będzie znów prawdziwy absurd”, znowu zaczyna i na dowód tego, co powiedział, dodaje, że wie, o czym mówi. „Dlatego mam zamiar spotkać się. Niestety, nie pamiętam, kiedy to spotkanie się odbędzie ani z kim”.
Rodzącymi się powodami powołania kolejnej komisji śledczej zajmuje się już prokuratura.
„Trudno mi w tym momencie podawać jakieś bliższe szczegóły na ten temat”, mówi prokurator z prokuratury apelacyjnej, po czym potwierdza, że w najbliższym czasie zamierza ulec naciskom szefa rządu w sprawie tymczasowego aresztowania prezesa sądu najwyższego zanim ten zdąży wydać wyrok na zabójcę poprzedniego sędziego tego sądu. „Mogę dodać, że notatka, którą sporządzę w tej sprawie, zostanie objęta tajemnicą państwową zanim przecieknie do prasy”. Według innego prokuratora treść tej notatki będzie wyjaśniała okoliczności samobójstwa popełnionego w celi przez prezesa sądu najwyższego, oraz zawierała dowód, że autor notatki bawił w tym czasie na Hawajach.
Podczas debaty w sejmowej komisji ds. służb specjalnych zwrócono uwagę na konieczność zsynchronizowania jej działań z kampanią wyborczą poprzedzającą jesienne wybory. Powinno to odwrócić uwagę od aferzystów, którzy mogą odwrócić uwagę od swoich zwykłych zadań, angażując się w kampanię wyborczą odwracającą od nich uwagę. Uczestnicy debaty podkreślili, że nie można dopuścić, aby przestępstwa wpłynęły na przebieg demokratycznych wyborów i spowodowały niemożność ich przełożenia na następny rok. Zostaną także poczynione starania o wpasowanie nowej ramówki telewizyjnej w działania komisji.
Bieżąca działalność BDDS-ów w oparciu o współzależności uwzględniające ogólną charakterystykę HDK w skali 50 punktowej, w której połowa odpowiada prognozom w granicach 2,5 proc. rocznie, nie przewiduje konieczności większych zmian – wynika z opublikowanych danych PPOFG Feniks.
Zdaniem organizacji ocena CLBC nie powinna mieć wpływu na dotychczasowe założenia tendencji spadkowych czynnika wzrostu ani inklinacji podwyższenia współczynnika spadku, których do końca nie można przewidzieć.
Kulminacja nieprzewidywalności zostanie zneutralizowana przez stałą hipotetyczną, co w rezultacie przyspieszy spowolnienie albo odwrotnie, wytworzy nadmiar braku.
„I bardzo dobrze się stało”, powiedział Arkadiusz G. pseudonim Kowadło, na wieść o wyborze nowego szefa stołecznej mafii. „Rafineria nadaje się na bossa jak nikt. Z tego, co wiem, przed wyborem dokładnie go sprawdzono. Jest czysty, od lat zajmował się wyłącznie wyłudzaniem, praniem brudnych pieniędzy, korupcją i malwersacją. W zasadzie nigdy nie miał żadnych powiązań z polityką. Nawet nie głosował w czasie wyborów”, ciągnął Kowadło. „Uważam, że szefem mafiii nie może być polityk. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że ktoś łupie społeczeństwo ile wlezie i jednocześnie bierze kasę za to, że to społeczeństwo reprezentuje”.
Arkadiusz G. powołał się na zasady, według których, ktoś, kto przechodzi do świata mafii, powinien zrezygnować ze stanowisk politycznych przynajmniej na okres w jakim zamierza łamać prawo.
W
chwili, gdy zespoły Europejskiego Konwentu Konstytucyjnego mają
debatować nad podstawami przyszłych instytucji Unii Europejskiej, jest
teraz moment, aby pomyśleć o tym co trudne do pomyślenia, a mianowicie
- dokąd Europa w istocie obecnie zmierza. Lub przynajmniej rozważyć być
może zupełnie inną kwestię: dokąd UE powinna zmierzać, by uczynić to w
sposób racjonalny.
Upadek komunizmu doprowadził do pojawienia
się w Europie szeregu małych państw. Estonia, Łotwa i Litwa uwolniły
się od sowieckiej okupacji. Czechosłowacja podzieliła się na dwa
oddzielne państwa. Rozpad Jugosławii doprowadził do powstania Słowenii,
Chorwacji, Bośni, Serbii i Macedonii - być może niebawem wypluje z
siebie także Kosowo i Czarnogórę. Aczkolwiek republiki bałtyckie
jedynie odtworzyły swoją przedwojenną niepodległość, a walki w
Jugosławii były taką samą jak tyle innych wojen o niepodległość, jest w
tym wszystkim również coś niepokojąco nowego.
W latach
międzywojennych państwa bałtyckie były często uważane za niepotrzebne,
sztuczne twory wykreowane przez wielkie mocarstwa. Czechosłowacja i
Jugosławia zaistniały, ponieważ ich części składowe nie wydawały się
byc zdolne do samodzielnego bytu jako państwa niepodległe. Dlaczego tak
było? Ponieważ 80 lat temu, kiedy Wilson, Clemenceau i Lloyd-George
kreślili mapę Europy, małe państwa były dysfunkcjonalne zarówno w
czasie wojny, jak i pokoju. Aby być zdolne do życia, państwo musiało
być dostatecznie duże aby obronić się i stworzyć względnie samodzielny
rynek ekonomiczny.
Żaden z tych względów nie jest obecnie
aktualny. W perspektywie wstąpienia do UE rynki narodowe nie są tak
znaczące. Zarówno członkostwo w UE jak i w NATO czynią wojnę pomiędzy
państwami członkowskimi nie do pomyślenia, a atak na najmniejszego
nawet członka NATO spowoduje odpowiedź ze strony wszystkich pozostałych
członków NATO. Z powodu braku takich zagrożeń zewnętrznych więzi
pomiędzy - dajmy na to - Czechami i Słowakami (nie mówiąc już o Serbach
i Chorwatach) są zbyt słabe, ażeby zapewnić trwałość wspólnemu ich
rządowi.
Czy mówi nam to coś o przyszłości Europy jako całości?
Różnica pomiędzy Czechosłowacją a Włochami czy Niemcami wynosi w
istocie 50 lat. Ostatecznie przecież czyż Włochy aż do lat 1860. nie
były zbiorem królestw i księstw? Czyż zjednoczenie Niemiec nie dokonało
się za sprawą "krwi i żelaza"?
Francja i Hiszpania są wprawdzie
starsze, ale czyż mariaż Basków, Katalończyków i Korsykanów z ich
państwami narodowymi jest znacznie szczęśliwszy niż do niedawna mariaż
Czechów i Słowaków? Czy rzeczywiście byłby większy powód, dla którego
Szkoci i Walijczycy powinni pozostawać częścią tego samego państwa
narodowego, co i Anglicy?
Abstrahujmy na moment od idei
tożsamości narodowej Francuzów lub Niemców czy Włochów, patriotyzmu,
ich zbiorowej pamięci wojny oraz od rzezi, które cementowały świadomość
dzisiejszych wspólnot językowych i pomyślmy: do czego Europejczykom
potrzebne jest pośredni szczebel rządowy, znajdujący się pomiędzy
wspólnymi ramami europejskimi a ich lokalnymi władzami samorządowymi?
Do
czego Piemontczykom, Bawarczykom czy Szkotom potrzebna pośrednia
biurokracja państwowa przy prowadzeniu swojej polityki podatkowej, przy
realizacji programów zapewniania dobrobytu, bezpieczeństwa albo
utrzymywanie własnych, bezużytecznych w znacznym stopniu armii? Czyż
ich życie nie byłoby łatwiejsze, gdyby wspólny rynek, wspólna waluta i
kilka innych wspólnych rzeczy było prowadzonych na płaszczyźnie
ogólnoeuropejskiej, gdy tymczasem reszta byłaby pozostawiona bardziej
przez to znaczącym jednostkom samorządowym?
Modną jest dzisiaj
rzeczą wyśmiewać biurokratyczną drobiazgowość przepisów europejskich.
Ale europejskie ustawodawstwo jest niczym w porównaniu z górami
państwowych ustaw i rozporządzeń, z miliardami marnowanymi na
polityczne poparcie i z kolosalnymi machinami państwowymi, które
zjadają do 30-40 proc. ekonomicznego produktu państw narodowych Europy.
Czyż jakieś jedno Państwo Europejskie mogłoby postępować gorzej od nich?
W
rzeczywistości stworzenie europejskiego rządu federalnego i eliminacja
szczebla pośredniego w postaci państw narodowych prawdopodobnie
doprowadziłoby największej liberalizacji gospodarki (i społeczeństwa
jako całości) w całej historii Europy. Spójrzmy na Amerykę 1787:
stworzenie rządu federalnego zmiotło zbałkanizowany system
przedrewolucyjnych kolonii, zapoczątkowując erę ekspansji
przedsiębiorczości na całym kontynencie amerykańskim.
Jest
oczywistym faktem, że Europa jest zbyt zróżnicowana, aby mogła być
przechwycona przez grupy interesu ekonomicznego i politycznego, które
obecnie opanowały państwa narodowe. [Państwa narodowe] to jedynie dodatkowy
(czyt. zbędny - oryginalne wyróżnienie w tekście przez autora zostało
zaznaczone tu i dalej kolorem czerwonym - przyp. J.R.) szczebel
sprawowania władzy, tak iż UE jawi się jako uciążliwy i biurokratyczny.
Gdyby rządy narodowe zostały usunięte, brzemię UE byłoby niczym w porównaniu z tym, które dźwigają one dzisiaj.
Same
narody [europejskie] również zakłócają konstytucyjną równowagę Europy.
Niemcy i Włochy są po prostu zbyt duże w porównaniu z Portugalią czy
Belgią (która sama jest raczej wątpliwym amalgamatem Flamandów i
Walonów), i to wytwarza rodzaj nierównowagi przywodzący na myśl ciężką
stopę Prus w dawnym imperium Bismarka.
Czy federalna Europa
mogłaby wyeliminować dzisiejsze tożsamości narodowe? Czy Francuzi i
Brytyjczycy poczuliby się w w takiej "Europie" jak w swoim duchowym
domu, tak jak czują się obecnie u siebie w swoich państwach narodowych?
Nie, ale czy muszą? Ilekroć Europejczycy będą myśleli o przyszłych
instytucjach europejskich, zawsze pojawiać się będzie napięcie pomiędzy
narodowymi różnicami, a ich wspólną tożsamością europejską. Ale co
będzie, jeśli te wspólne instytucje europejskie nie będą już
postrzegane przez pryzmat ich instytucji narodowych (państwowych)? I co
będzie, jeżeli ewolucja świadomości europejskiej będzie przebiegać nie
poprzez podniesienie na wyższy szczebel uzależnienia państw od
ponadnarodowych instytucji, ale przez rozpad i degenerację dotychczasowych systemów podległości w ramach państwa (tu: devolution of loyalties - przyp. J.R.) i odrodzenie się przez to mniejszych wspólnot, bardziej przez to znaczących?
Oczywiście,
śmierć państw narodowych nie jest natychmiastowa, ale nie dlatego, żeby
miały być one jakoś głeboko zakorzenione w świadomości swoich
obywateli. W rzeczywistości tożsamości narodowe są przeważnie
podtrzymywane przez abstrakcje, stereotypy, jak rasa, klasa i tym
podobne wytwory ideologiczne. Pomyślmy, jak o wiele bardziej oryginalna
różnorodność mogłaby w zjednoczonej Europie zaistnieć, gdyby nie
usadowione pośrodku państwa narodowe.
Ale europejskie państwa narodowe nie zamierzają same zaniknąć za chwilę, ponieważ są one centrami władzy.
Ostatecznie jednak, czterdzieści centów na jednym euro PKB jest czymś,
o co warto walczyć. Jeśli jednak Europejczycy uzyskają świadomość, w
jakim kierunku powinni zmierzać, być może z czasem narodowe tożsamości
wzmacniane w ciągu kilku ostatnich setek lat (bo tyle, a nie więcej,
sobie właśnie liczą), staną się one niczym wyrostek robaczkowy - część
ludzkiego ciała, będąca niczym innym, jak miejscem przypadkowego stanu
zapalnego.
*)
prof. Andrzej Rapaczyński
- członek Rady Fundacji im. Stefana Batorego, wykładowca amerykańskiego
prawa konstytucyjnego na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Uczeń i
wieloletni przyjaciel Leszka Kołakowskiego. Doradca rządu Polski i
Federacji Rosyjskiej przy tworzeniu projektów konstytucji i
prywatyzacji. Mąż Wandy Rapaczyński
z domu Gruber, b. prezes a obecnie członek rady nadzorczej spółki Agora
S.A. m.in. wydawcy "Gazety Wyborczej" (red. nacz. Adam Michnik, b.
członek KOR). Rapaczyńska, obecnie obywatelka USA, wyemigrowała z
Polski w 1968 r. W latach 1984-1992 wiceprezes Citibank NA. Agora S.A.
Amerykański magazyn „Fortune” uznał ją za jedną z 50 najbardziej
wpływowych kobiet biznesu na świecie (poza USA), a dziennik „Financial
Times” umieścił ją na 8. miejscu listy 25 najbardziej wpływowych kobiet
biznesu w Europie.
________________________________
P.S.
>>W
2002 roku w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł prof. Andrzeja
Rapaczyńskiego, w ktorym autor ten sugerował, aby Unia Europejska
zmierzała w kierunku umocnienia „podstawowych jednostek lokalnych” tj.
regionów (landów) i stworzenia silnego europejskiego państwa
federalnego, mało kto w Polsce spodziewał się, iż ta wizja tak szybko
przybierze realne kształty. Nawet Aleksander Hall, który wówczas
polemizował z Rapaczyńskim, wskazując, iż jego „proroctwo” tylko
niepotrzebnie „straszy Polaków, że będzie to koniec państwa polskiego.”
Hall przestrzegał, iż artykuł Rapaczyńskiego może stać się obowiązkową
lekturą dla przeciwników integracji z Unią Europejską. Dodajmy, że
artykuł Halla w „Rzeczpospolitej” opatrzony został wymownym nadtytułem
„Pomysł likwidacji państwa narodowego jest sprzeczny z elementarnym
wymogiem realizmu.”<<
http://nczas.com/publicystyka/korwin-mikke-umierajaca-europa-a-globcio/ Janusz Korwin Mikke
Nasza cywilizacja umiera. Jeszcze 20–30 lat, a III Rzeczpospolita graniczyć będzie nie z Niemcami, lecz z Kurdyjską Republiką Saksonii, Sułtanatem Brandenburgii czy Emiratem Meklemburgii. Możliwe zresztą, że III RP nazywać się już będzie Cng Hňa Xă Hi Che Ngha thuôc vę Ba Lan – albo podobnie. Choć mało prawdopodobne; ale za 60 lat? Kto wie?
Rząd przygotowuje ustawę, która spowoduje zalew Polski żywnością genetycznie zmodyfikowaną – ostrzegają przeciwnicy GMO. Rząd twierdzi, że nie ma wyjścia, bo tego wymaga od nas UE. W jutrzejszej dyskusji w sejmie weźmie udział ponad 80 organizacji.
Jedna z najbardziej prężnych, Koalicja “Polska wolna od GMO”,ostrzega przed pozwoleniem na uprawy genetycznie zmodyfikowane, nad którym nikt nie zapanuje.
Telewizyjna Jedynka zamiast Teatru TV wyemituje 1 lutego film dokumentalny „Towarzysz Generał”. Po emisji dokumentu planuje dyskusję o filmie, do której zostali zaproszeni m.in. Wojciech Jaruzelski i Adam Michnik.
Z reguły dokumenty pokazywane są przez TVP w mało atrakcyjnych dla widzów godzinach, tym razem ten film zostanie wyemitowany w najlepszej porze oglądalności (po godz. 20). Jak tłumaczy biuro prasowe TVP, stanie się tak ze względu „na wagę i rangę tematu”.
Autorami biografii generała Wojciecha Jaruzelskiego są Robert Kaczmarek i Grzegorz Braun. Film powstał na zamówienie kanału TVP Historia (pojawił się tam w grudniu 2009 r.).
W filmie autorzy pokazują, jak Jaruzelski walczył z antykomunistycznym podziemiem, jego związki z Informacją Wojskową oraz rolę w inwazji na Czechosłowację. – To dokument dekomunizacyjny. Opowiada o ostatnich 70 latach życia w Polsce. Ale taki film powinien powstać już kilkanaście lat temu – mówi „Rz” Robert Kaczmarek.
Dr Louise A. Brinton, pracownik naukowy amerykańskiego
Narodowego Instytutu Raka (National Cancer Institute – NCI) publicznie
ogłosiła, że zmieniła poglądy w sprawie wpływu aborcji na
zachorowalność na raka piersi.
W 2003 r. dr Brinton była głównym organizatorem warsztatów
szkoleniowych NCI w dziedzinie ginekologii onkologicznej, podczas
których tłumaczyła uczestnikom, że jest „doskonale udowodnione”, iż
„dokonanie aborcji nie ma żadnego związku ze wzrostem ryzyka
zachorowania na raka piersi’.
Po zapoznaniu się z wynikami najnowszych badań zrewidowała swoje
poglądy i teraz podkreśla, że aborcja oraz stosowanie doustnej
antykoncepcji hormonalnej zwiększa ryzyko wystąpienia raka piersi.
Materiałem, który ostatecznie przekonał dr Brinton do zmiany
stanowiska były wyniki badań prowadzonych przez Fred Hutchinson Cancer
Research, renomowany ośrodek naukowy z Seattle w stanie Washington.
Jessica Dolle ze współpracownikami potwierdziła związek między
stosowaniem antykoncepcji hormonalnej a wystąpieniem przerzutowego
potrójnie negatywnego raka piersi (TNBC).
TNBC jest nowotworem bardzo agresywnym, o wysokich wskaźnikach
przerzutów i gorszej przeżywalności w porównaniu z innymi odmianami
raka piersi. Zachorowalność na TNBC jest większa u kobiet młodszych.
Po ogłoszeniu wyników badań z Seattle, w Narodowym Instytucie Raka
podjęto decyzję o przeprowadzeniu własnych badań. Do udziału zaproszono
kobiety z doświadczeniem aborcji. Rezultaty zaskoczyły naukowców.
Okazało się, że przerwanie ciąży zwiększa o 40 proc. ryzyko
zachorowania na nowotwór. Natomiast stosowanie antykoncepcji
hormonalnej przez kobiety poniżej 18 roku życia zwiększa ryzyko
zachorowania na przerzutowego potrójnie negatywnego raka piersi aż o
270 proc. U kobiet, które obecnie stosują antykoncepcję ryzyko wzrasta
o 320 proc.
Oznacza to, że kobiety, które zaczynają stosować antykoncepcję
hormonalną przed ukończeniem 18 roku życia są trzykrotnie bardziej
narażone na zachorowanie na TNBC, a kobiety aktualnie stosujące –
czterokrotnie bardziej.
Wyniki badań z Fred Hutchinson Cancer Research opublikowano w
czasopiśmiennictwie naukowym. Ale pacjentek dalej nikt nie ostrzega
przed ryzykiem.
[Za: LifeSiteNews – 07.01.2010 r.]
Materiał źródłowy: Jessica M. Dolle, Janet R. Daling, Emily
White i in., “Risk Factors for Triple-Negative Breast Cancer in Women
Under the Age of 45 Years”, w: “Cancer Epidemiology, Biomarkers and
Prevention”, 2009;18(4), s. 1157–1166.
Nowe dowody osobiste będą przypominać obecne, które
nosimy w portfelu, ale poza imieniem, nazwiskiem i numerem PESEL reszta
danych będzie zakodowana w mikroprocesorze. Niewykluczone, że z czasem
dane te staną się elementem większej superbazy.
Zapowiedź wprowadzenia od 2011 roku nowych dowodów
osobistych wywołała dyskusję na temat wolności osobistych Polaków i
obywatelskiego prawa do prywatności. Inicjatywa rządu jest tym bardziej
zastanawiająca, że przecież 31 grudnia 2007 roku zakończono operację
wymiany starych, książeczkowych dowodów osobistych na nowe, plastikowe
dokumenty z dziesięcioletnią datą ważności, które reklamowano jako
lepsze i nowocześniejsze. Dlaczego zatem w tak krótkim czasie ma zostać
przeprowadzona kolejna kosztowna wymiana?
Formalnym powodem wymiany jest problem ze stałym adresem
zameldowania. W obecnych dowodach każdorazowa zmiana danych zawartych w
dokumencie, a przede wszystkim najczęściej się zdarzająca zmiana
stałego pobytu, powoduje konieczność wymiany dowodu osobistego. Do 31
grudnia 2009 roku wiązało się to również z wniesieniem opłaty w
wysokości 30 złotych. Poza tym po uzyskaniu dokumentu z aktualnymi
danymi na obywatelu ciąży kłopotliwy obowiązek poinformowania o
zmianach urzędu skarbowego, banku oraz innych urzędów i instytucji, z
którymi jest związany. Autorzy koncepcji nowych dowodów
postanowili rozwiązać ten problem przy pomocy nowoczesnych technologii.
Proponują wprowadzenie wielofunkcyjnych, elektronicznych i
biometrycznych dokumentów. Elektroniczne dowody niewiele będą się
różniły od plastikowych kart, które nosimy w portfelach. Przypominać
zatem będą obecne dowody, ale poza imieniem, nazwiskiem i numerem PESEL
reszta danych, w tym nasza podobizna, a także adres zamieszkania,
będzie zakodowana w mikroprocesorze. Zniknie również rysopis
zawierający wzrost w centymetrach oraz kolor oczu. Dzięki temu zmiana
miejsca zamieszkania nie będzie się wiązała ze zmianą całego dokumentu,
a jedynie z zakodowaniem w odpowiedniej zakładce chipa nowego adresu.
Bardzo istotną zmianą będzie tzw. e-podpis, czyli możliwość
potwierdzania tożsamości drogą elektroniczną. Dzięki temu – co
podkreślają, chwaląc swój pomysł, przedstawiciele Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych i Administracji – obywatele będą mogli dokonywać czynności
prawnych w obszarze administracji publicznej, a więc w urzędach i
izbach skarbowych, przy pomocy internetu. Certyfikat podpisu cyfrowego
będzie uaktywniany podczas odbioru dowodu. Od urzędu wydającego dowód
osobisty dostaniemy kod PIN, którego podanie będzie każdorazowo
wymagane w czasie składania podpisu osobistego. Ale to jest dopiero
jedna strona medalu.
Obywatel jak przestępca? Docelowo nowy dowód
będzie uniwersalnym dokumentem obywatela RP spełniającym funkcje dowodu
osobistego, ale również paszportu i legitymacji ubezpieczeniowej.
Służyć to ma naszej wygodzie i wygodzie instytucji państwowych.
Wszelkie bowiem dane posiadaczy dokumentów – w tym szczegółowe dane
personalne, wizerunek, a także informacje dotyczące certyfikatu
e-podpisu – zgromadzone zostaną w Rejestrze Dowodów Osobistych.
Uprawnienie do korzystania z bazy poza urzędami ewidencji ludności
otrzymają m.in.: prokuratura, policja, straż graniczna, Służba Wywiadu
Wojskowego, Służba Kontrwywiadu Wojskowego, ABW i CBA.
Witold Drożdż, wiceminister w MSWiA odpowiedzialny za informatyzację,
reklamując nowy dowód, już na wstępie operacji wymiany dokumentów
starał się rozproszyć obawy o totalną państwową inwigilację obywateli
przy pomocy elektroniki. – Nie planujemy, żeby w mikroprocesorze
znajdowały się jakiekolwiek dane poza tymi, które już dziś są
umieszczone na dowodzie osobistym. Wszystkie obawy, że w
mikroprocesorze znajdą się dane np. o stanie naszego zdrowia czy o
pobieranej pomocy socjalnej, czyli potencjalnie dane wrażliwe, są
bezpodstawne – zapewniał.
Jednak jest coś na rzeczy, że nowy dowód będzie znacznie
skuteczniejszym instrumentem wszechobecnej kontroli obywateli. Od czasu
do czasu przebija się do opinii publicznej informacja, że w dowodzie
miałby być np. odcisk palca. Traktowanie każdego obywatela jako
przestępcy to kuriozum mające się nijak do standardów demokratycznego
państwa prawa. Co prawda rząd wycofał się z tego pomysłu, jednak
niewykluczone, że to się jeszcze zmieni. Na razie jest mowa o
biometrycznym wizerunku, czyli o owalu twarzy, ale nie wiadomo, czy za
jakiś czas w mikroprocesorze nie znajdzie się obraz tęczówki oka i
odcisk palca. Nawet Witold Drożdż zastrzegł, że jeśli pojawią się
istotne argumenty, przemawiające za tym, by to zrobić, sprawa zostanie
jeszcze rozważona. Poza tym dowód – według założeń resortu – ma być
kluczem, przy pomocy którego będziemy mogli uzyskać w określonych
sytuacjach dostęp do informacji zapisanych w różnych bazach danych.
Jeśli ktoś z takim dowodem w ręku uda się do lekarza, to dzięki niemu
lekarz będzie mógł otworzyć naszą elektroniczną kartę choroby. – To nie
znaczy, że ta karta będzie zawarta na dowodzie. Ta karta choroby będzie
dostępna w systemie zbudowanym przez resort zdrowia – tłumaczył
wiceminister. Ale są jeszcze inne bazy danych, np. w Zakładzie
Ubezpieczeń Społecznych, w urzędzie skarbowym, w bankach.
Nie jest tajemnicą, że wymiana dowodów na nowe jest częścią szerszego
projektu “pl.ID – polska ID karta”. Jak wynika z informacji podawanych
przez przedstawicieli rządu, program jest kontynuacją działań
rozpoczętych w ramach projektu PESEL2, w którym chodzi o integrację
rejestrów państwowych. Projekt pl.ID ma też na celu ułatwienie kontaktu
obywatel – administracja rządowa i samorządowa poprzez usługi
e-government. W ramach projektu nastąpi m.in. informatyzacja urzędów
państwowych oraz uproszczenie procedur administracyjnych w kontaktach z
urzędami. Zrealizowana zostanie także przebudowa, modernizacja i
integracja istniejących rejestrów państwowych oraz informatyzacja
urzędów stanu cywilnego. Realizacja projektu ePUAP2 umożliwi
upowszechnienie dostępu do usług publicznych drogą elektroniczną,
ułatwienie korzystania z usług publicznych dostępnych on-line poprzez
wprowadzenie jednolitej klasyfikacji usług (katalogu usług), a także
udostępnienie mechanizmów integrujących jednostki samorządu
terytorialnego na platformie ePUAP.
Według wcześniejszych zapowiedzi wice ministra Drożdża, ma powstać
również Elektroniczna Platforma Gromadzenia, Analizy i Udostępniania
Zasobów Cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych.
Dzięki tej platformie ZOZ-y, apteki, praktyki lekarskie będą mogły
gromadzić dane dotyczące naszego zdrowia. Administracja państwowa
będzie też mogła analizować przepływy finansowe i statystyczne
dotyczące ochrony zdrowia. Inne projekty, które będą realizowane w
ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, to m.in.
informatyzacja wydziałów ksiąg wieczystych, rozwijanie usług służących
rozliczaniu się on-line z podatków. Nowy elektroniczny dowód osobisty
jest zatem kluczem do integracji tworzonych przez instytucje państwowe
i publiczne baz danych oraz do monitorowania w prawie każdym wymiarze
życia codziennego obywateli.
Superbaza danych o Polakach Na nowe dowody
osobiste, które umożliwią zakodowanie całego szeregu informacji,
certyfikatów i danych, których w obecnych dowodach nie ma, trzeba też
spojrzeć w perspektywie Narodowego Spisu Powszechnego, który zostanie
przeprowadzony w Polsce w dniach od 1 kwietnia do 30 czerwca 2011 roku.
Według opracowań GUS proponowany zakres powszechnego spisu ludności i
mieszkań uwzględnia poszerzenie zbieranych informacji o pewne elementy
– ważne z punktu widzenia międzynarodowych zobowiązań wobec ONZ (np.
niepełnosprawność) oraz Unii Europejskiej (taki obowiązek nakłada
rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady 763/2008 z 9 lipca 2008
r. w sprawie spisów powszechnych ludności i mieszkań), a także z punktu
widzenia krajowych potrzeb (np. emigracja zarobkowa, cudzoziemcy w
Polsce, wyznanie jako przynależność do Kościoła lub związku
wyznaniowego, źródła utrzymania ludności, sytuacja rodzinna i jej
charakterystyka). Pełna charakterystyka rodzin ma dotyczyć typu rodziny
biologicznej (małżeństwo lub partnerzy z dziećmi, małżeństwo lub
partnerzy bez dzieci, samotny rodzic z dziećmi) rodziny rozszerzonej i
zrekonstruowanej. W celu uzyskania takich informacji konieczne będzie
pozyskanie danych o stosunku pokrewieństwa lub powinowactwa osób
tworzących gospodarstwo domowe, pozycji w rodzinie, jak również o
charakterze związku, w jakim pozostają osoby, niezależnie od faktu, czy
został on zalegalizowany, czy też nie. Pytanie o przynależność
wyznaniową – jako część kwestionariusza do spisu – po raz ostatni
zostało zadane w roku 1931.
Jeżeli nastąpi integracja informacji uzyskanych ze spisu ze
zmodernizowanymi bazami danych już istniejącymi, to na kanwie systemu
PESEL2 powstanie jedna superbaza danych o wszystkich Polakach.
Jeżeli ktoś będzie miał dostęp do systemu, kliknie i będzie wiedział:
nie tylko, jak się nazywamy, jak wyglądamy, kiedy się urodziliśmy,
gdzie mieszkamy, ale także, czy pracujemy, czy szukamy pracy, czy
jesteśmy ubezpieczeni i czy nie zalegamy ze składką na ZUS, jaka jest
nasza sytuacja rodzinna, ile zarabiamy, czy jesteśmy zadłużeni, jaki
majątek posiadamy, jakie płacimy podatki, czy nie zalegamy z opłatami
za nośniki energii, telefon i innymi rachunkami, jakie mamy saldo na
koncie, jakie są nasze numery telefonów stacjonarnych i komórkowych
oraz numery kart kredytowych, czy jesteśmy karani, czy otrzymywaliśmy
mandaty i płaciliśmy za nie, ile dni byliśmy na zwolnieniu, na co się
leczymy.
Powtórka z Orwella Proces informatyzacji
Polski wpisuje się w tendencję, by pod hasłem dbałości o nasze
bezpieczeństwo maksymalnie rozszerzać zakres monitorowania ludzi.
Ostatnio w Europie i Stanach Zjednoczonych został znacznie zaostrzony
zakres kontroli osobistej i kontroli bagażu. W miastach i w budynkach
są wszędobylskie kamery, w centrach handlowych bramki elektroniczne. W
powszechnym użyciu są karty kredytowe łatwo umożliwiające monitorowanie
ich właścicieli. W wyniku wdrażania obowiązującej od 1 stycznia 2010
roku unijnej dyrektywy o retencji danych jest opracowane rozporządzenie
określające, którzy operatorzy i w jakim zakresie mają przechowywać
dane o połączeniach użytkowników telefonów komórkowych. Nowe przepisy
zmuszą operatorów do obligatoryjnego przechowywania wszystkich danych o
lokalizacji użytkowników w momencie nawiązania połączenia, a nawet
przez cały czas rozmowy. Te dane już i tak były gromadzone, a
korzystanie z nich nie było obwarowane takimi przepisami, jak legalne
zakładanie podsłuchu, a na ich podstawie można ustalić, kto jest na
imieninach u cioci lub wczoraj był w pracy czy w kinie.
W związku z tym rodzi się wiele pytań, np. co będzie, jeśli takie
informacje będą wykorzystywane bezprawnie albo wpadną w niepowołane
ręce? Co będzie, jeśli pojawi się pokusa nadużycia władzy nad
obywatelem przez państwo? W Polsce, niestety, nie odbywa się pogłębiona
dyskusja na temat gromadzenia przez państwo tego typu danych, chociaż
na świecie dyskutuje się na ten temat. Warto zatem przytoczyć wnioski
wypracowane przez Grupę Roboczą ds. Ochrony Danych powstałą na mocy
art. 29 dyrektywy 95/46/WE. Grupa jest niezależnym europejskim organem
doradczym w zakresie ochrony danych i prywatności, którego zadania
określają przepisy art. 30 dyrektywy 95/46/WE i art. 14 dyrektywy
97/66/WE.
W konkluzji Opinii 3/2005 jej autorzy zwracają m.in. uwagę, że:
wyczerpująca debata społeczna winna poprzedzić zastosowanie danych
biometrycznych w paszportach i dokumentach podróży oraz dowodach
tożsamości; celem ograniczenia zagrożeń związanych nierozerwalnie z
samym charakterem biometrii nieodzowne jest możliwie wczesne
wprowadzenie skutecznych zabezpieczeń; konieczne jest zapewnienie
ścisłego rozgraniczenia pomiędzy danymi biometrycznymi gromadzonymi i
przechowywanymi dla dobra publicznego (np. kontroli granicznej) na
podstawie zobowiązań prawnych a danymi służącymi celom umownym,
uzyskanymi za zgodą; wykorzystanie danych biometrycznych w paszportach
i dowodach tożsamości powinno być technicznie ograniczone do celów
weryfikacji poprzez porównanie cech dokumentu z danymi posiadacza nim
się legitymującego; należy zagwarantować, aby dostęp do danych
zapisanych w mikroprocesorze miały wyłącznie właściwe władze.
Czy rację ma prof. Michał Kulesza, specjalista w zakresie administracji
publicznej, który przestrzega, że czekające nas zmiany to praktyki
rodem z Orwella? Ów słynny pisarz i wizjoner w swojej słynnej książce
“Rok 1984″ sugestywnie odmalował anatomię totalitaryzmu. Ukazał, w jaki
sposób zaawansowana technologia może być wykorzystywana jako instrument
zniewolenia człowieka. W każdych czasach i w każdym systemie aktualna
jest bowiem zasada: kto ma informację, ten ma władzę, a wszechstronna
wiedza o obywatelach znakomicie umożliwia sterowanie społeczeństwem i
bardzo łatwo może być wykorzystywana przeciwko niemu.
Z punktu widzenia historycznego mocno zastanawiający jest chaos
pojęciowy, jaki dotyczy systemów politycznych i ideologicznych z czasów
II wojny światowej. Jako ogólnie przyjęte uznano stwierdzenie, że
system hitlerowski w Niemczech zaliczyć można do ustrojów "skrajnie
prawicowych", zaś ustrój stalinowski miałby być "skrajnie lewicowy".
Powszechne jest używanie terminu "faszyzm" na określenie niemieckiego
narodowego socjalizmu, tak jakby nie różnił się on niczym od ustroju
włoskiego (Mussolini). Równie wielkie zamieszanie budzi porównywanie
nacjonalizmu niemieckiego z nacjonalizmami krajów katolickich, takich
jak Hiszpania czy Polska. Taka uproszczona wizja świata powoduje
ogromne nieporozumienia i zafałszowania w tzw. polityce historycznej i
wywołuje nieprawdopodobny wręcz zamęt.
Tymczasem tak ustrój sowiecki, jak i niemiecki można zakwalifikować do
kategorii tzw. socjalizmów; przy czym w Moskwie dominował socjalizm
kolektywistyczny, w Niemczech - socjalizm narodowy. Obie te wizje
starały się zrealizować pewne utopijne założenia, zaczerpnięte z
idealistycznych, postoświeceniowych systemów filozoficznych (marksizm,
heglizm, nietzscheanizm, darwinizm itp.). Jak pisze prof. Henryk
Kiereś, w socjalizmie "państwo jest logicznie i faktycznie przed
człowiekiem, zatem człowiek to wyłącznie surowiec, który jest
przetwarzany przez państwo-maszynę pod kątem założonej przez państwo
idei człowieka" (H. Kiereś, Trzy socjalizmy, Lublin 2002).
Nie pasujesz do socjalizmu, więc giń
Pierwotnym projektem utopijnego państwa w epoce nowożytnej było państwo
francuskie z czasów XVIII-wiecznej rewolucji, zaprojektowane w dużej
mierze jako idealistyczna wizja życia społecznego mająca prowadzić do
wyzwolenia obywateli z dotychczasowego ucisku. Przy czym owo wyzwolenie
miało mieć niemalże religijny, mesjanistyczny charakter.
Socjalizmy funkcjonują w życiu publicznym jako coś w rodzaju
quasi-religii, ze specyficzną teorią zbawienia. Organizacja państwa
przypomina czasem starożytne teokracje starające się w sposób
niewolniczy podporządkować całość życia człowieka.
Jak pisze Kiereś: "Idea socjalizmu, w imię lansowanej utopii, rządzi i
tumani trudną do rozpoznania, perfidną kombinacją nadziei i terroru;
rozbudzanie nadziei należy do propagandy, a terror do cenzury i
ludobójstwa. Ta nierozerwalna kombinacja, w której zgoda na terror jest
warunkiem nadziei na osiągnięcie celu zaprojektowanego przez... utopię,
powoduje, że ludobójstwo i cenzura znajdują moralne usprawiedliwienie
oraz prawną sankcję (ochronę!), a jest to niezależne od tego, czy
miejscem eksterminacji jest obóz koncentracyjny, szpital psychiatryczny
czy też szpital, w którym na podstawie społecznego (demokratycznego)
consensusu (konwencji) dokonuje się aborcji, eutanazji lub
sterylizacji. Dla socjalisty zabicie człowieka nie pasującego do Idei
Człowieka jest nie tylko obowiązkiem, ale również aktem najwyższego
humanizmu".
Terror zatem jest niejako z góry wpisany w projekt państwa utopijnego,
gdyż można ze stuprocentową pewnością założyć, że ludzie nie będą
pasować do socjalistycznych założeń. Konieczne staje się zatem
"dopasowanie" ludzi do teorii (a nie odwrotnie). Socjaliści starali się
poprzez totalitarne państwo ingerować we wszystkie sfery życia
człowieka, od moralności począwszy (moralność socjalistyczna), a na
sztuce kończąc (socrealizm). Tak było zarówno w państwie niemieckim,
jak i sowieckim.
Owo religijne wręcz podejście do ideologii kończyło się zwykle
tworzeniem w całym systemie państwowym spersonalizowanego quasi-bóstwa.
W Niemczech był nim Hitler, w Sowietach - Stalin, w Chinach - Mao itp.
Oczywiście tak pojęta utopijna quasi-religia w sposób niezwykle ostry
zwalczała tradycyjne religie, w szczególności chrześcijaństwo.
Jak pisał przedwojenny jezuita polski ks. Jan Urban: "Głęboki sens
walki między chrześcijaństwem, lub ściślej wyrażając się -
katolicyzmem, a sztandarem czerwonym, w tym się zawiera, że socjalizm
usiłuje być religią, że ma nawet pretensję do tego, by się stać jedyną
religią przyszłości. (...) To nie paradoks: socjalizm jest religią mimo
tylokrotnie powtarzanych zapewnień, że zagadnienia religijne są mu
obce, on jest - powiedzmy - religią na wspak, religią odwróconą niby
surdut do góry podszewką, religią bez Boga, materialistyczną, bądź co
bądź jest jakąś religią".
Brunatny i czerwony terror
Podobieństwa między systemem hitlerowskim i stalinowskim stają się
bardziej widoczne, im głębiej postępują badania nad oboma systemami. Co
ciekawe, na systemie sowieckim wzorowało się wielu narodowych
socjalistów. Dotyczy to nade wszystko metod działania. Sam Hitler mówił
18 września 1922 r.: "Marksiści uczą: jeżeli nie będziesz mi bratem,
rozbiję ci łeb. Naszym hasłem musi być: jeżeli nie będziesz Niemcem,
rozbiję ci łeb; jesteśmy bowiem przekonani, że nie zwyciężymy bez
walki. Musimy walczyć za pomocą naszych idei, ale jeżeli zajdzie
potrzeba, także pięściami" (Alan Bullock, Hitler - studium tyranii,
przeł. T. Evert, Warszawa 1997). W innym miejscu Hitler, w dyskusji z
radykalniejszym od siebie narodowym socjalistą Ottonem Strasserem,
mówił: "Jestem socjalistą (...). Nie ma innych rewolucji prócz
rewolucji rasowych; nie może być rewolucji politycznej, ekonomicznej
lub socjalnej, zawsze jest to tylko walka niższej warstwy, gorszej rasy
przeciwko panującej wyższej rasie i jeżeli ta wyższa rasa zapomni o
swoim prawie do życia, to poniesie klęskę". W jego rozumieniu po
zwycięstwie narodowego socjalizmu zapanować miało "porozumienie między
różnojęzycznymi elementami jednej wspaniałej rządzącej rasy".
Widać tu uderzające wręcz podobieństwo do pragnień bolszewików
zmierzających do zintensyfikowania walki klas i ostatecznego
zaprowadzenia w świecie społeczeństwa bezklasowego. Gdybyśmy zatem w
usta Hitlera włożyli zamiast słowa "rasa" termin "klasa", jego tezy
mógłby wygłosić nawet najbardziej zagorzały komunista.
Owa współpraca dwóch socjalizmów, niemieckiego i sowieckiego, jest nam
dobrze znana z czasów traktatu Ribbentrop - Mołotow. Z jednej strony
mordy w Katyniu i Miednoje oraz wywózki na Sybir, z drugiej Akcja AB i
obozy koncentracyjne. Wszystko to zadziwia niebywałym okrucieństwem, a
zarazem zaskakującym podobieństwem. Skala owych zbrodni znowu rodzi
pytanie o przyczyny takiego zacietrzewienia. Doskonale uchwycił ten
problem Richard Pipes, opisując terror w Rosji sowieckiej: "Mimo jego
rozpaczliwych wysiłków w celu wyparcia się ojcostwa 'czerwony terror'
był duchowym dzieckiem Lenina. Strażnikiem tego nie uznawanego
potomstwa był Dzierżyński, założyciel i szef Czeki. W roku wybuchu
rewolucji miał prawie 40 lat. Urodził się w pobliżu Wilna w
patriotycznej polskiej rodzinie szlacheckiej, ale zerwał z religijną i
narodową spuścizną rodziny i wstąpił do Socjaldemokratycznej Partii
Litwy, poświęcając się agitatorskiej i organizatorskiej działalności
zawodowego rewolucjonisty. Jedenaście lat spędził w carskich
więzieniach i na katordze. Były to trudne lata, toteż pozostawiły w
jego psychice nie zabliźnione rany; jednocześnie rozwinął w sobie
niezłomną wolę połączoną z nienasyconą żądzą zemsty. Był zdolny do
popełniania najstraszliwszych okrucieństw bez przyjemności, z poczucia
idealistycznego obowiązku. Chudy i ascetyczny, z religijnym oddaniem
wykonywał instrukcje Lenina; 'burżujów' i 'kontrrewolucjonistów'
posyłał pod salwy plutonów egzekucyjnych (...)" (R. Pipes, Rewolucja
rosyjska, Warszawa 1994).
W hitlerowskich Niemczech również możemy znaleźć cały szereg "chudych i
ascetycznych" fanatyków mordujących miliony niewinnych istot ludzkich.
Owo "religijne oddanie" socjalistycznej utopii w sposób niezwykły
motywowało tych zbrodniarzy.
Z nienawiści do chrześcijaństwa
Mało kto dziś zastanawia się nad symboliką używaną przez Niemców i
bolszewików. Czerwona sowiecka flaga w swej barwie niczym nie różniła
się od flagi narodowosocjalistycznych Niemiec. W obu krajach świętowano
1 maja. W obu kreowano tzw. model gospodarki planowej, sterowanej przez
państwo (oczywiście w ZSRS na sposób o wiele bardziej radykalny).
Moglibyśmy znaleźć dużo więcej takich podobieństw. Jednakże oponenci
najczęściej posługują się argumentem, że hitlerowcy nie byli tak
skrajnie antychrześcijańscy i odwoływali się do narodu, co miałoby ich
sytuować po prawej stronie sceny politycznej. Pamiętajmy jednak, że ich
koncepcja narodu była rasistowska, a więc stojąca w skrajnej
sprzeczności do wizji chrześcijańskiej (naród jako wspólnota zbudowana
na bazie kultury chrześcijańskiej). Nietzscheańska etyka, na którą się
powoływali, również odrzucała zasady Dekalogu. Prześladowanie Kościoła
miało mniejszy zasięg tylko z powodów taktycznych oraz ze względu na
fakt, że hitlerowcy rządzili krócej niż bolszewicy.
Jeszcze w czasie II wojny światowej Hitler mówił: "Zło, które przeżera
nasze siły, to księża obu wyznań. W tej chwili nie mogę ich tak
potraktować, jak na to zasługują, ale... to wszystko jest zapisane w
mojej księdze. Przyjdzie czas, kiedy się z nimi porachuję... Jeszcze o
mnie usłyszą. Nie będę brał przykładu z żadnych sądów". I w innym
miejscu również w czasie wojny: "Dogmat chrześcijaństwa ustępuje przed
rozwojem nauki... Mity powoli się wykruszają. Pozostaje tylko
stwierdzić, że natura nie zna granicy między organicznym i
nieorganicznym. Kiedy znajomość wszechświata się rozpowszechniła, kiedy
większość ludzkości już wie, że gwiazdy nie są źródłem świata, lecz
światami, może zamieszkanymi tak jak nasz, wtedy doktryna
chrześcijaństwa staje się absurdem... Człowiek, który żyje w łączności
z naturą, musi się znaleźć w opozycji do Kościoła i dlatego Kościół
zmierza ku upadkowi - bo nauka musi zwyciężyć". Owo postpozytywistyczne
głoszenie triumfu "nauki" nad wiarą wiele mówi o stosunku narodowych
socjalistów do chrześcijaństwa.
Podsumowując, należy jednoznacznie stwierdzić, że w XX wieku
przeżyliśmy dominację dwóch nieludzkich, zbrodniczych socjalizmów,
które starały się wprowadzić w życie utopijne założenia życia
społecznego. Triumf owych utopii oznaczał olbrzymie prześladowanie
chrześcijaństwa i zbrodnie określane mianem ludobójstwa. Powraca tylko
pytanie, dlaczego tak skutecznie udaje się dziś współczesnym
europejskim socjalistom wprowadzić zamęt pojęciowy, który tak mocno
zaciemnia nasze rozumienie współczesnej historii i współczesnej
polityki.
W jakobińskiej demokracji tkwią korzenie wszystkich ideologii oraz ruchów egalitarnych XX wieku z międzynarodową i narodowąodmianą socjalizmu na czele. Od gilotyn i kazamatów Conciergerie prowadzi prosta droga do Auschwitz i Archipelagu Gułag. Jedna i niepodzielna,
centralistyczna republika Robespierre’a nie mogła ścierpieć żadnej
różnorodności ponad sto lat przed tym, zanim gauleiterzy NSDAP
przeprowadzali glajchszaltung Rzeszy, a komisarze bolszewiccy – zrównanie wszystkich i wszystkiego w Raju Krat.
Akademia terroru
Rewolucję (anty)francuską można postrzegać jako archetypową matrycę
uniwersalnych mechanizmów każdej rewolucji: politycznej, społecznej,
religijnej i obyczajowej. W pierwszym rzędzie dotyczy to
wszechobecności terroru, sadyzmu i kłamstwa, dalej przechodzenia
chaotycznych aktów gwałtu i „spontanicznych” zbrodni pierwszej fazy
rewolucji w terror permanentny i planowy, a w końcu w metodyczne
ludobójstwo metodami „przemysłowymi” (genocyd wandejski to właśnie jego
pierwszy historyczny przykład). Jeśli sobie przypomnimy, że uwięzionych
w Rennes cechowano jak bydło literami: „F” (fusiller – rozstrzelać) lub „G” (guillotiner –
zgilotynować), niechybnie stanie nam przed oczami obraz selekcji Żydów
na rampie oświęcimskiej; jeśli z kolei wspomnimy słowa prokuratora
Carriera: Raczej zamienimy Francję w cmentarz, niż odstąpimy od zamiaru odrodzenia jej na nasz sposób, usłyszymy, że jak echo odpowiadają mu ponad wiek później słowa Lenina: Lepiej, żeby zginęło dziewięć dziesiątych Rosjan, niż gdyby jedna dziesiąta nie miała ujrzeć zwycięstwa komunizmu.
Rewolucjoniści paryscy okazali się także wynalazcami nowoczesnych,
błędnie przypisywanych zazwyczaj dopiero dwudziestowiecznym
totalitaryzmom, metod kłamstwa i bezczelnej propagandy. Wybitny
historyk rojalistyczny Pierre Gaxotte zwraca w tym kontekście uwagę na
zastosowaną przez spiskujących klubistów już w czerwcu 1789 metodę
„urabiania” opinii publicznej przez hipnotyzowanie niezorientowanej
większości tajemniczym zaimkiem bezosobowym „się”: Ksiądz-apostata
(wkrótce „biskup” konstytucyjny), abbé Grégoire wspominał: „Czy
jednak – odezwał się ktoś – poglądy dwunastu, piętnastu osób mogą
wpłynąć na głosy tysiąca dwustu deputowanych?” Odpowiedziano mu, że
zastosowanie formy bezosobowej w połączeniu z zaimkiem „się” działa
magicznie. Będziemy mówili: król zamierza to i tamto, lecz wśród
patriotów uważa się, że należy podjąć następujące kroki. „Się” może
równie dobrze odnosić się do czterystu, jak do dziesięciu osób. I to
działało (Rewolucja francuska). Działało – ponieważ
klubiści wybornie opanowali wiedzę i taktykę, których autorstwo znów
przypisuje się mylnie dopiero Leninowi: utożsamiania woli powszechnej czy dyktatury mas z wolą ewidentnej, lecz zdecydowanej i świadomej swoich celów mniejszości zawodowych rewolucjonistów.
Nad wyraz „nowoczesne” były już także inne wynalazki rewolucjonistów
francuskich: zastąpienie w postępowaniu sądowym dowodów rzeczowych
„dowodami moralnymi” winy, wprowadzenie kar za „szeptankę”, periodyczne
„weryfikacje obywatelskie” oraz drobiazgowe kwestionariusze,
zawierające pytania takie jak: Czym
zajmowałeś się przed rewolucją? Czym zajmujesz się obecnie? Co zrobiłeś
dla rewolucji? Czy byłeś szlachcicem, bankierem, maklerem? Nie
należy zapominać także o ogromnych „postępach” na drodze do gospodarki
etatystycznej w postaci zniesienia tajemnicy handlowej, upaństwowienia
handlu zagranicznego, ustanowienia tabeli cen maksymalnych,
wprowadzenia obowiązkowych kontyngentów i dekretów przeciwko
spekulantom, przejmowania bezpośrednio przez państwo wielu obszarów
produkcji, a wreszcie udręk życia codziennego, zwiastujących „realny
socjalizm”: racjonowania żywności, kolejek do piekarń, mleczarń czy
składów węgla, ustawiających się o trzeciej nad ranem, oraz zakazu
sprzedawania ryb w dni postne.
Mistrzostwo w autodestrukcji
Nie mniej istotna od skutków rewolucji jest także kwestia tego, co
właściwie zdołała ona z taką zaciekłą pracowitością zniszczyć.
Rekonstruując faktyczny obraz katolicko-monarchicznej Francji ancien régime’u,
cytowany już historyk (Gaxotte) przyrównywał ją do olbrzymiej i
prastarej budowli, do której każde pokolenie dodawało swoją
kondygnację, nie niszcząc poprzedniej, a choć ogólny plan tak wielkiego
gmachu stał się z biegiem czasu nieco pogmatwany, (…) niektóre skrzydła były zaniedbane i groziły ruiną, inne znów niewygodne lub zbyt wykwintne, to całość jednak tchnęła zamożnością, fasada miała wygląd wspaniały, a życie w gmachu było lepsze i bujniejsze niż gdzie indziej. Chociaż od czasu studiów Alexisa de Tocqueville’a (Dawny ustrój i rewolucja)
skłonni jesteśmy przywiązywać wagę – atoli często przesadną – do
zapoczątkowania procesów centralizacji w ramach XVII- i XVIII-wiecznej
„monarchii administracyjnej” Burbonów, to wciąż jednak niewyobrażalnie
wielka wręcz dla współczesnych, scentralizowanych państw
demokratycznych była autonomia stanów, korporacji, prowincji,
trybunałów, parlamentów i innych „ciał pośredniczących” między państwem
a rodziną i jednostką. Monarchia ancien régime’u była w
istocie tysiącem małych, arystokratycznych, mieszczańskich i wiejskich
republik, spajanych taktownie i cierpliwie przez administrację
nieliczną, ale sprawną, uczciwą i o delikatnych manierach. W rękach
instytucji społecznych i poszczególnych poddanych wciąż znajdowało się
wiele instrumentów – na czele z prawami zwyczajowymi – do ustawicznego
szachowania rzeczywistych i potencjalnych posunięć centralizacyjnych
rządu. Ta „absolutystyczna” władza była w istocie na każdym kroku
krępowana tysiącami najrozmaitszych praw nabytych i przywilejów.
Rewolucja tedy – co przyznać musiał nawet marksizujący apologeta jakobinów Albert Mathiez – nie wybuchła w kraju wyczerpanym, lecz w państwie kwitnącym i w chwili jego pełnego rozwoju.
W przedrewolucyjnej Francji nie było biedy jako zjawiska powszechnego,
a ostatnie pół wieku przed nią trwał nieprzerwany wzrost gospodarczy,
który uczynił społeczeństwo francuskie najzamożniejszym społeczeństwem
ówczesnego świata. W rękach Francuzów znajdowała się połowa gotówki
będącej w obiegu europejskim. Systematycznie bogaciły się prawie
wszystkie warstwy społeczeństwa – mieszczanie, kupcy, przedsiębiorcy,
chłopi – z wyjątkiem jednej: prowincjonalnej, wiejskiej szlachty! Wielu
ubogich ziemian wiodło żywot, który byłby nie do zniesienia dla ich
formalnych poddanych, w zrujnowanych pałacach i dworach, pozbawionych
umeblowania, na ziemiach obciążonych długami hipotecznymi. Z wyjątkiem
kilku miejscowości w górach Jury i Bourbonnais, nie istniała już we
Francji pańszczyzna, a chłopi władali co najmniej połową gruntów
uprawnych w kraju. Rzekoma wielogłowa i nienasycona hydra podatkowa
to nazbyt pochopny wniosek, wysnuty w nieświadomości istnienia różnych
nazw tych samych danin, których w rzeczywistości nie było więcej niż
cztery czy pięć.
Nad tym bogatym społeczeństwem władzę sprawowało jednak ubogie
państwo. To rząd królewski, a nie społeczeństwo, był niewypłacalnym
bankrutem. Bez wątpienia, Francja około 1789 roku potrzebowała
poważnej, gruntownej i nade wszystko upraszczającej przestarzały,
skomplikowany system podatkowy, reformy skarbowej. Zamiast tego,
zorganizowana i świadoma swoich zupełnie odmiennych celów, lecz długo
ich nieujawniająca mniejszość zafundowała krajowi krwawą rewolucję,
która w ostateczności, po błyskotliwych fajerwerkach wojen
imperialnych, cofnęła Francję głęboko w rozwoju społecznym i
gospodarczym, sprowadziła na powrót dawno zapomniany głód i
analfabetyzm oraz nieodwołalną utratę pozycji pierwszego mocarstwa
świata, którą zbudowało jej czterdziestu królów. „Osiągnięcia”
rewolucji najlepiej podsumował – widzący zaledwie początek tego szału
autodestrukcji – Edmund Burke: Francuzi okazali się największymi
na świecie mistrzami w dziele zniszczenia. Obalili całkowicie swoją
monarchię, zburzyli Kościół, handel i manufaktury. (…) Gdybyśmy
całkowicie pokonali Francję, gdyby leżała powalona u naszych stóp, to i
wówczas wstydzilibyśmy się (posyłając komisję w celu uregulowania ich
spraw) narzucić Francuzom tak bezwzględne i zgubne warunki, jakie sami
sobie narzucili.
Intelektualna gnoza
Do wybuchu rewolucji doprowadziły zatem nie przyczyny ekonomiczne czy
społeczne, lecz kryzys umysłowy i moralny, który spustoszył laicyzujące
się błyskawicznie elity francuskie w wieku XVIII, proklamującym się
„wiekiem świateł”. Jeśli skonfrontujemy ów wiek „oświecenia” z
poprzedzającym go bezpośrednio klasycystycznym Grand Siècle, stanowiącym harmonię ładu oraz triumf rozumu i woli nad tym, co Charles Maurras nazywał ciemnym królestwem fizyczności (obscur royaume physique),
to zobaczymy, że Francuz XVII wieku był katolikiem i konserwatystą,
cenił hierarchię i dyscyplinę, znał słabość swojej skażonej grzechem
natury, więc nie opierał ani wiedzy, ani moralności na uczuciach i
pragnieniach. Wiek XVIII natomiast był umysłowym przewrotem,
stanowiącym prostą negację zasad ładu wcielonego w chrześcijańską
monarchię potomków Hugona Kapeta. Zanim rewolucja polityczna i
społeczna spustoszyła majestatyczną, tysiącpięćsetletnią budowlę
państwa, przez kilka dziesięcioleci trwała nieustanna, kontrkulturowa
rewolucja deprawująca umysły, moralność i obyczaje. Ta oświeceniowa
kontrkultura objawiła się między innymi w rozplenieniu się (jak pisał
Louis de Bonald) nazbyt paryskich Irokezów, paplających o
szlachetnych i bezgrzesznych dzikusach, przede wszystkim jednak w
prymitywnej, lecz niesłychanie skutecznej, antyreligijnej propagandzie
Encyklopedystów i innych les philosophes. Ci pierwsi w
historii „zawodowi intelektualiści” wynaleźli dwie metody utwierdzania
ideologicznego terroru lewicy: przedstawianie ideologii jawnie
zaprzeczających choćby tylko zdrowemu rozsądkowi jako twierdzeń
„naukowych” i jako „filozofii” przy traktowaniu obrazoburczości
wypowiadanych twierdzeń jako wystarczającego probierza „głębi” i
„oryginalności” myśli, oraz mistrzowską autoreklamę, posuniętą aż do
prestidigitatorskiej umiejętności przedstawiania siebie jako „ofiar
tyranii”, podczas gdy w rzeczywistości „prześladowani” mają dostęp do
wszelkich instrumentów represjonowania, zamykania ust i negatywnej
stygmatyzacji swoich przeciwników. To właśnie podkopujący każdym swoim
artykułem Kościół i monarchię Encyklopedyści cieszyli się protekcją
naczelnego cenzora Malesherbesa, który łamał prawo po to, aby zapewnić
dystrybucję Encyklopedii i innych wywrotowych druków.
Rewolucja jest więc produktem intelektualnej gnozy; poczyna się
w umyśle, ale kończy wyzwoleniem sił, nad którymi spekulujące dotąd
swobodnie w złudzeniu „lekkości bytu” czyste „ja” (kantowski rozum spekulatywny) nie jest już w stanie zapanować.
Rewersem „spisku elit” był postępujący już od połowy wieku paraliż
władzy i zanik woli rządzenia. Zaraza była nawet w samym centrum
„Grenady” – przecież Wielkim Mistrzem Grand Orient,
a więc faktycznym przywódcą buntu, był królewski kuzyn, książę Filip
Orleański. Siły (teoretycznie) Starego Porządku: parlamenty (na czele z
paryskim), szlachta i duchowieństwo, które hodowały w swoich salonach
żmiję rebelii, pierwsze wypowiedziały w latach 1787-88 posłuszeństwo
Koronie, dając najgorszy przykład motłochowi, a w 1789 dokonały
samobójstwa, godząc się na zastąpienie reprezentacji stanowej
indywidualistyczno-egalitarną, okazały się więc „uczniami
czarnoksiężnika” rozpętującymi demoniczne moce, nad którymi wkrótce
utracą kontrolę. Ponad wszelką wątpliwość miał zatem rację Joseph de
Maistre głoszący z naciskiem, iż przy całej swojej nicości rewolucja
jako fakt była karą Bożą, ognistym mieczem karzącym Francuzów za
największy z grzechów – niedowiarstwo.
Królobójstwo jako Bogobójstwo
Kulminacyjnym momentem rewolucji jest oczywiście zgilotynowanie
królewskiego suwerena Francji – Ludwika XVI. Powszechność rozpoznawania
przełomowości tegoż aktu królobójstwa nader rzadko idzie w parze z
rozumieniem jego zarówno symbolicznego, jak realnego znaczenia.
Zazwyczaj fakt detronizacji, a następnie dekapitacji króla postrzegany
jest pod dyktando ideologicznego schematu wykoncypowanego przez
inspiratorów i wykonawców zbrodni, czyli jako – być może nawet smutny i
budzący grozę, niemniej konieczny – „ryt przejścia” (rite de passage)
od monarchicznego „despotyzmu” do republikańskiego „ustroju wolności”.
Tymczasem, sprawy przedstawiają się zgoła zupełnie inaczej. To nie sama
monarchiczna forma ustroju budziła nienawiść rewolucjonistów
– przynajmniej początkowo (w roku 1789 żaden z aktorów rewolucji, także
Robespierre, nie był republikaninem). Tym, co naprawdę budziło
nienawiść i co sprawiało, że jednak monarchia – po widocznym fiasku
ustrojowej farsy „monarchii konstytucyjnej” z królem jako nominalnym
„szefem władzy wykonawczej” do roku 1792 – musiała zostać zniszczona,
było jej nieusuwalne znamię religijne, chrześcijańskie. Śmiertelnym
wrogiem dla nowego „królestwa” Praw Człowieka i Obywatela nie było królestwo jako typ reżimu, lecz teologia polityczna (i płynące z niej zobowiązania) arcychrześcijańskiego (très-chrétienne) Królestwa Francji jako najstarszej córy Kościoła (la fille ainée de l’Église) i jej arcychrześcijańskiego (très-chrétien)
króla. W świetle tej teologii – a przede wszystkim dogmatu Wcielenia
oraz dogmatu osobowej Trójjedyności Boga, wyrażonej także symbolicznie
w znaku heraldycznym Kapetyngów: trzech złotych liliach na błękitnym
polu – „Królestwo Lilii” Ludwika Świętego stawało się mistycznym ciałem
trójstanowego narodu chrześcijańskiego, którego ziemskim Ojcem jest
król, a wszyscy poddani z każdego stanu i z każdej prowincji stanowią
Rodzinę Św. Ludwika.
Jak pisał sławny konwertyta (wnuk bluźniercy Renana!) Ernest Psichari,
odwiecznym powołaniem Francji było szerzyć wiarę katolicką, ponieważ tego
wymaga porządek francuski, i zmieniać go nie wolno. U stóp francuskiego
drzewa stoi święty, który wstawia się za całą dynastią francuską. A
jakżeż moglibyśmy oddzielić dynastię francuską od samej Francji, samą
Francję od tych, którzy ją stworzyli? (Głosy wołające na puszczy).
Powołaniem Królestwa Francji – bez czego nie ma ono usprawiedliwiającej
racji bytu, jest obrona Kościoła i szerzenie wiary katolickiej, co
składa się na gesta Dei per Francos, zgodnie z przypomnianą przez Henri’ego Massisa, a pochodzącą od Karola Wielkiego, definicją Francji: Naród
Franków wydaje owoce dla Boga; owoce te są liczne i bardzo płodne, gdyż
jest on nie tylko wierny, ale i nawraca innych, przynosząc im zbawienie (Na okopach Zachodu).
Król Francji musiał zatem zostać zdetronizowany, poniżony i zamordowany
nie dlatego, że stał na czele państwa (oświeceniowi mistrzowie
rewolucjonistów, jak Voltaire czy Diderot, wynosili wszak pod niebiosa pierwszego sługę państwa – Fryderyka Pruskiego czy Semiramidę Północy – carycę Katarzynę), lecz dlatego, że (zapoczątkowana koronacją Pepina Krótkiego w 754 roku) tradycja namaszczania – jako imitatio Davidi regis
– monarszego ciała olejem ze Świętej Ampułki przyniesionej przez
gołębicę z Nieba podczas chrztu króla Franków Chlodwiga (w 496 roku)
czyniła osobę monarszą prawdziwie „królem-kapłanem”, „biskupem
zewnętrznym” (l’évêque du dehors), mającym od Boga łaskę uzdrawiania przez dotyk, wedle formuły rytualnej: Król cię dotyka, Bóg cię uzdrawia (le Roi te touche, Dieu te guérit). Dlatego też akt publicznego roztrzaskania Świętej Ampułki miał dla królobójców nie mniejszą wagę niż zniszczenie fizycznego ciała króla.
Gdyby król Francji mógł stać się oświeconym sługą
państwa i „postępu”, zapewne rewolucjoniści pozostawiliby tę atrapę
monarchii, jaka w tylu innych krajach istnieje (na pośmiewisko) do
dzisiaj: ale był on ze swojej istoty i nieodwołalnie „porucznikiem Boga
na ziemi” (lieutenant de Dieu), co było nie do zaakceptowania.
Tę kardynalną różnicę wspaniale uwypuklił obrońca Tronu i Ołtarza,
wicehrabia de Chateaubriand: Kiedy gołębica przyniosła Klodwigowi
oleje święte, kiedy długowłosych królów wznoszono na tarczy, kiedy
Ludwik Święty z drżeniem przysięgał na koronacji, że władzy swej użyje
tylko dla chwały Boga i dobra ludu, kiedy Henryk IV, wkroczywszy do
Paryża, padł na kolana w Notre-Dame i po prawicy króla ujrzano naprawdę
albo w wyobraźni piękne dziecię uznane za jego anioła stróża, korona
była święta; królewski proporzec spoczywał w Niebie. Ale odkąd na placu
publicznym władca z uciętymi włosami i związanymi na plecach rękami dał
głowę pod miecz przy dźwiękach bębna; odkąd przy dźwiękach tego samego
bębna inny władca na innym placu wśród plebsu żebrał o głosy do swojej
elekcji [mowa o Ludwiku Filipie Orleańskim– J.?B.] – kto może zachować najmniejsze złudzenia co do korony? (Pamiętniki zza grobu).
Zbrodnia królobójstwa ma tedy charakter na wskroś sakralny.
Nie chodzi w niej tylko o ugodzenie w instytucję reprezentującą
najwyższy autorytet polityczny. Jej istotny, najgłębszy sens jest
wprost Bogobójczy: zabijając włodarza władzy ziemskiej, otrzymanej z
łaski Boga, ugodzić chciano w Autora i Dawcę wszelkiej władzy. Bogofobia i chrystianofobia
rewolucjonistów stanowi ich najbardziej wyrazistą autoidentyfikację.
Już pierwsze, zbuntowane Zgromadzenie Narodowe uważało się za
kompetentne nawet w kwestiach religijnych, uznając się za coś w rodzaju
„Soboru Powszechnego”. Przemawiający 3 maja 1790 roku deputowany Camus
oświadczył: Jesteśmy zgromadzeniem narodowym: mamy więc oczywiste prawo zmienić religię [tego kraju] – acz „wspaniałomyślnie” dorzucił, że (na razie) tego nie zrobimy.
Powiedzmy zatem na koniec: kiedy dziś wzmaga się w Europie walka z Krzyżem, a nawet w Polsce pojawiają się dziwaczne koncepty konserwatyzmu laickiego, okraszonego zachwytami nad oświeconymi despotami
typu Józefa II czy „monarchistami” pokroju Voltaire’a, nigdy dość
przypominać, że potomek Ludwika Świętego – Ludwik XVI musiał stać się
Ludwikiem Męczennikiem dlatego, że był Wikariuszem Boga w swoim
ziemskim królestwie. Krew spływająca z jego odciętej głowy miała zmyć z
czoła krzyżmo oleju świętego, którym był namaszczony. Lecz, dzięki
Bogu, daremne to: złość ludzka może zniszczyć ciało, ale nawet wzburzone wody wszystkich mórz nie zmyją piętna pomazania (William Shakespeare, Ryszard II).
http://nczas.com/publicystyka/polinteligenci-zwani-naukowcami/ Janusz Korwin Mikke
Gdy pół wieku temu śp. Bertrand, III Earl of Russell, uważany za wybitnego matematyka i logika (a także laureat Nagrody Nobla z… literatury) jako najlepszy środek na walkę z „sowieckim totalitaryzmem” zalecał Stanom Zjednoczonym i Zjednoczonemu Królestwu… jednostronne rozbrojenie się, Brytyjczycy kiwali głowami i nazywali lorda Russella „Najmądrzejszym durniem Anglii”. Bo Brytyjczycy kierują się nie tytułami naukowymi, lecz zdrowym rozsądkiem.
Ćwierć wieku temu wśród partyjniaków zapanowała moda na robienie magisteriów, a nawet doktoratów. ŚP. Janusz Groszkowski, przedwojenny mason i socjalista, wtedy prezes Polskiej Akademii Nauk, załamywał ręce i mówił: „Jest tyle pięknych tytułów: hrabia, książę – czy koniecznie te ciemniaki muszą przybierać tytuły naukowe?”. Niestety: nie pomogło. Tak przy okazji: chciałbym poznać nazwiska tych profesorów, którzy w 1975 r. zaświadczyli, że Polska jest 10.tym mocarstwem. I taka jest obecnie tendencja światowa.
System „oświaty” w krajach Białego Człowieka produkuje masowo durniów z dyplomami. Musicie Państwo zdać sobie sprawę, że 95% obecnych „doktorów”, „docentów”, „profesorów” – z całym szacunkiem dla pozostałych 5% – to zwyczajni idioci, którym nie chciało się uczyć np. frezerki czy kamieniarstwa – więc wybrali „karierę naukową”. Znacznie łatwiejszą – bo gdy kamieniarz źle ułoży kamień, to natychmiast to widać; gdy frezer źle wyfrezuje tryb – maszyna nie będzie działać; natomiast dzisiejszy „naukowiec” może wypisywać dowolne bzdury – byle „naukowym” żargonem – i nie spotkają go z tego powodu przykrości.
Skąd! Im więcej bzdur opublikuje – tym większe zaszczyty. Dziś bowiem „pracownik naukowy” (na szczęście nie odważają się jeszcze mówić o sobie: „uczeni”) awansuje, jeśli opublikuje dużo prac – i będą one często cytowane. Liczne „Kongresy naukowe”, z punktu widzenia nauki zbędne i szkodliwe (od czego internet?) – służą jednemu celowi: przy barach powstają „spółdzielnie” ludzi, którzy wzajemnie się cytują. Stąd dawniej w pracy naukowej było może z pięć odnośników do prac poprzedników – dzisiejsza praca liczy ich często 1500! Trzeba bowiem wymienić prace wszystkich członków „spółdzielni” – po to, by oni z kolei cytowali nas.
„Science Citation Index” obiektywnie mierzy wartość naukowca – liczbą zacytowań… Istnieją i prawdziwi uczeni – ale nie mają szans. W dzisiejszej „nauce” panuje bowiem d***kracja – a mądrych jest zaledwie garstka, więc są wiecznie pomijani. Napisałem to w związku z aferą GLOBCIO. Tłum „naukowców” (chcących też załapać się na dwa tygodnie darmowych wczasów na jakimś „Kongresie” na wyspie Bali – i zarobić jako „konsultanci w walce z GLOBCiem”) ochoczo świadczy, że z GLOBCIem trzeba walczyć do ostatniego dolara podatnika. Ci „naukowcy” za parę dolarów podpiszą WSZYSTKO. Pamiętam, jak jeden z moich (byłych…) kolegów przewodniczył naukowemu jury, które naukowo wyliczyło, że najlepszą polską firmą jest Stocznia Gdańska. I nawet wręczył jakiś puchar wicedyrektorowi tej stoczni, który przyjął go nie mrugnąwszy okiem. Cóż: parę miesięcy temu uczciwie zapłacił… Nazajutrz Stocznia ogłosiła bankructwo!
Jak zapewne nie przeczytaliście Państwo w “Angorze” nr 50 (pt. „Globalne ocieplenie to religia”) „handel limitami CO2 to świetny business”. Jak powiedział tam p. prof. Tymoteusz Ball: w ub. roku firma p. Alberta Gora „General Investment Manager” zarobiła na samym pośrednictwie sprzedaży kredytów CO2 ponad 50 mln dolarów! Ile zarobili inni? Jest z czego opłacić tych sprzedajnych pół-inteligentów nazywanych dziś „naukowcami”?
Francuscy Żydzi z organizacji B’nai B’rith wyrazili swój sprzeciw wobec decyzji Ojca Świętego w sprawie uznania heroiczności cnót papieża Piusa XII. Stworzyli specjalną stronę internetową, na której można podpisać petycję przeciwko jego beatyfikacji. Jednocześnie wyrazili zadowolenie z powodu bliskiej beatyfikacji Jana Pawła II.
Jego ewentualna beatyfikacja może tylko rozdrapać we wspólnocie żydowskiej ranę, której daleko do zabliźnienia – podkreśla przewodniczący B’nai B’rith France, André Nadjar. W zamiarze beatyfikacji widzi bowiem aprobatę dla „postawy Piusa XII wobec katów” narodu żydowskiego z czasów nazistowskiego barbarzyństwa.
Podkreśla, że po wyborze na papieża w 1939 roku Pius XII porzucił zamiar Piusa XI dotyczący opublikowania encykliki potępiającej rasizm i antysemityzm. Nadjar powtarza zarzuty, że Pius XII, „najwyższy autorytet chrześcijaństwa”, „wydawał się milcząco, ale w pełni świadomie przyzwalać na nazistowskie zbrodnie” na narodzie żydowskim i nazywa tę postawę „moralną winą”.
Jednocześnie przewodniczący B’nai B’rith France wyraża radość z powodu bliskiej beatyfikacji Jana Pawła II, wskazując na „wielkość jego charyzmatycznych działań, powszechnie docenianych i uznawanych”.
Organizacja B’nai B’rith (Synowie Przymierza) istniejąca od 1846 roku. Zajmuje się dbaniem o prawa Żydów i zwalczaniem antysemityzmu. Zaangażowana jest również w dialog chrześcijańsko-żydowski.
ABW przejęła kontrolę nad NASK, najważniejszą instytucją polskiego internetu. Rząd przygotował projekt prawa cenzurującego treści w sieci, a służbom specjalnym i policji dał możliwość śledzenia internautów i abonentów komórek. Czy premier Donald Tusk buduje w Polsce państwo totalitarne na wzór „Roku 1984”? Czy też jest zwykłym pionkiem w wojnie razwiedek o jak najgłębszą kontrolę naszego życia?
Na początku listopada „Najwyższy CZAS!” ostrzegał, iż Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, tajna policja chce przejąć kontrolę nad NASK-iem, instytucją przydzielającą polskie domeny i sprawującą technologiczną pieczę nad polską częścią sieci. To właśnie w NASK nastąpiło pierwsze, historyczne polskie połączenie internetowe. W połowie listopada szefem NASK mianowano pułkownika ABW w czynnej służbie. W tym samym czasie rząd przygotował projekt zmian w ustawach dający tajnym specsłużbom prawo inwigilacji i cenzurowania internetu. Przypadek?
Domeny ABW
Pretekstem do przejęcia kontroli nad NASK-iem było odwołanie poprzedniego szefa tej jednostki naukowej po kontroli finansowej. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło konkurs na nowego dyrektora. W ostatnim dniu konkursu przedłużono go o kolejne dni. Działo się to wszystko w październiku. W tym samym czasie co wybuch afery hazardowej. Gdy przedłużono konkurs swą kandydaturę zgłosił oficer ABW, płk. Michał Chrzanowski, szef Departamentu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego tej tajnej służby. Kandydatów na nowego dyrektora NASK oceniała pięcioosobowa komisja konkursowa powołana przez ministra nauki i szkolnictwa wyższego. ABW do komisji „wsadziła” dwóch swoich ludzi, w tym podwładnego płk. Chrzanowskiego. Oficjalnie reprezentowali ministerstwo nauki. Wyniki konkursu były w tej sytuacji do przewidzenia.
Komisja konkursowa za najlepszą kandydaturę uznała oczywiście osobę czynnego oficera tajnej policji. Wyniki konkursu ogłoszono w połowie października tego roku. Ostateczne słowo należało do minister nauki i szkolnictwa wyższego p. Barbary Kudryckiej. Ta zwlekała miesiąc z mianowaniem. W tym czasie rozwijała się afera hazardowa, a premier Tusk ogłosił plan likwidacji hazardu m.in. w internecie. W rządzie trwały intensywne prace nad odpowiednią ustawą. Projekt zakładający inwigilację i cenzurę sieci ogłoszono w tym samym mniej więcej czasie co ostateczne postawienie na czele NASK-u oficera ABW. Minister Kudrycka powołała płk. Chrzanowskiego na dyrektora NASK 16 listopada tego roku. Od tej chwili NASK stał się de facto kolejnym departamentem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Trzeba sobie uzmysłowić, że polskie domeny internetowe przydziela teraz ABW. Kupując sobie adres internetowy dajemy zarabiać specsłużbom. Korzystając z sieci radiowego dostępu do internetu stworzonej przez NASK korzystamy z infrastruktury całkowicie kontrolowanej przez tajną policję. NASK i ABW stały się jednością.
Cenzorzy z razwiedki
Tymczasem w połowie listopada, premier Tusk ogłosił, iż Urząd Komunikacji Elektronicznej będzie cenzurować internet i blokować te witryny, które specsłużby uznają za „strony niedozwolone” w myśl ustawy. A projekt zakłada, że będą nimi witryny z e-hazardem, pedofilskie i propagujące faszyzm. O tym jakie to konkretne witryny znajdą się w tym rejestrze ma decydować ABW i policja. UKE ma prowadzić jedynie rejestr „usług i stron niedozwolonych” a w ciągu sześciu godzin od wpisania danej strony do rejestru musi wysłać do dostawców internetu informację o tym. Ci z kolei natychmiast muszą zablokować dostęp do tej witryny. Oczywiście definicje jakie strony internetowe są tymi zakazanymi są rozmyte i nieostre. Projekt prawa wprowadzał więc po prostu cenzurę, a ze specsłużb robił cenzorów. Jednak to nie wszystko.
Do projektu wpisano przepisy umożliwiające śledzenie internautów, a właściwie ich ruchu w sieci bez wyroku sądu. W połowie grudnia dodano kolejne inwigilujące artykuły. Rząd Tuska chce by policja bez zgody sądu mogła żądać od operatorów danych każdego internauty, jego numeru PESEL czy e-maili. Policjant mógłby też sprawdzać, jakie strony odwiedzał. Dziś też o podobne dane może występować do operatorów komórkowych czy właścicieli portali, ale w większości przypadków dopiero z nakazem sądowym. Rząd takie przepisy tłumaczy “ochroną społeczeństwa przed skutkami niektórych negatywnych zjawisk”. Jak w PRL.
Co prawda tuż przed świętami minister Michał Boni zapowiedział, że rząd wycofa się z części przepisów, ale trzeba poczekać, bowiem to tylko zapowiedź a konkretne artykuły nie zniknęły jeszcze z projektu ustawy. Według słów ministra Boniego nie będzie nowych uprawnień policji do inwigilacji internautów, a strony „propagujące faszyzm” nie będą blokowane, bowiem „trudno o jasną definicję”. ABW i policja nie będą nakazywać wpisania jakieś strony do rejestru witryn zakazanych. O tym będzie decydować tylko sąd. Ostateczny kształt prawa poznamy jednak w pierwszej połowie stycznia. Nie łudźmy się, iż specsłużby tak łatwo oddadzą nowe prerogatywy, które są tylko na wyciągnięcie ręki. Inwigilacja i cenzurowanie sieci do zbyt łakomy kąsek by z niego zrezygnować bez walki.
Permanentna inwigilacja
Gdy wszyscy zajęci byli patrzeniem jak rząd Tuska walczy z hazardem także w internecie pojawił się projekt rozporządzenia, który wprowadza permanentną (dosłownie!) inwigilację posiadaczy telefonów komórkowych. Minister Infrastruktury musi wydać nowe rozporządzenie do nowelizacji prawa telekomunikacyjnego, które weszło w życie w lipcu tego roku. Dokument czeka już tylko na podpis ministra, a w treści rozporządzenia są trzy słowa „oraz jego trwania”. Chodzi o lokalizację osoby, która właśnie wykonała połączenie telefonem komórkowym. Operatorzy telefonii muszą zbierać i przechowywać dane o tym kto do kogo zadzwonił oraz z jakiego miejsca dokonano połączenie inicjujące rozmowę. Dotyczy to wszystkich posiadaczy komórek bez wyjątku. Jednak dopisanie trzech powyższych słów powoduje, że operatorzy będą musieli śledzić każdy krok rozmówców. Wszystkich bez wyjątku.
Jeśli Kowalski zadzwoni do Nowaka, to operatorzy będą musieli zapisywać każdy krok tych dwóch i przechowywać te dane kilka lat. Specsłużby i policja gdy o te dane wystąpią muszą je otrzymać. W ten sposób rząd Tuska wprowadził po prostu całkowitą inwigilację społeczeństwa bowiem łatwiej jest zliczyć tych co komórek nie mają.
Dziś także można śledzić osoby rozmawiające przez telefon, ale tylko te podsłuchiwane, na co zgodę wydał sąd. Projekt rozporządzenia nie przewiduje żadnych sądowego nadzoru nad danymi z inwigilacji Polaków. Tajemnicą poliszynela jest to, że pracownikami departamentów przechowujących dane o połączeniach klientów oraz ich śledzących w firmach będących operatorami telefonii komórkowej są wyłącznie byli pracownicy specsłużb i policji. W ten sposób różnego rodzaju tajne policje mają nieograniczony wgląd w nasze dane. Bez jakiejkolwiek kontroli. Z drugiej strony byli pracownicy jednej specsłużby pracujący u operatora komórkowego niechętnie przekazują takie dane specsłużbom będącym w konflikcie z byłym pracodawcom. Po prostu, jak ktoś był z ABW, to nie przekazał informacji ludziom z WSI i na odwrót. Do tego w czasach rządów PiS dochodziły animozje polityczne. Pozostały zresztą do dziś.
Wypowiedzieć wojnę zaufaniu
Jeśli więc nie chcesz być śledzony przez specsłużby to po prostu wyrzuć komórkę, odłącz internet, przestań korzystać z komunikacji publicznej (przynajmniej w Warszawie, bo nowe bilety okresowe mają zakodowany PESEL i pozwalają śledzić drogę użytkownika), zdemontuj satelitę, no i nie wychodź w ogóle z mieszkania, by nie namierzyła cię kamera miejskiego monitoringu, a jeśli posiadasz dom to od razu wypowiedz umowę z firmą ochroniarską i pozbądź się czym prędzej ich systemu czujek. Dziś trudno funkcjonować w świecie bez inwigilacji. Pytanie, czy można się przed nią obronić? Nawet jeśli nie do końca to można wydać jej chociaż wojnę. Inaczej nasze dzieci będą żyły w „Roku 1984”, zbudowanym przez tych, dla których zaufanie to podstawa rządów miłości.
Z profesorem nauk przyrodniczych Zbigniewem Jaworowskim, badaczem zanieczyszczeń lodowców i stężenia CO2 w atmosferze, autorem wielu publikacji na temat zmian klimatycznych, wieloletnim przedstawicielem Polski w Komitecie Naukowym ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego, członkiem Nongovernmental International Panel on Climate Change (NIPCC), który zrzesza naukowców sceptycznych wobec teorii ocieplenia klimatu, rozmawia Mariusz Bober
Londyn chce zmusić Kościół do przyjmowania homoseksualistów do stanu kapłańskiego
Młot na katolickich homofobów – depesze Radia Watykańskiego rzadko opatrywane są tak dosadnymi tytułami. Zważywszy na kaliber informacji, jest to jak najbardziej uzasadnione. Brytyjska Izba Lordów będzie jutro głosowała nad tzw. ustawą o równości. Jeżeli kuriozalny projekt wejdzie w styczniu w życie, biskupi, którzy odmówią wyświęcenia na księży homoseksualistów i kobiet, będą narażeni na horrendalne kary pieniężne, konfiskatę dóbr kościelnych, a nawet więzienie.
Ustawa równościowa obliguje Kościół katolicki do bezwzględnego podporządkowania się regulacjom państwowym dotyczącym zakazu rzekomej dyskryminacji ze względu na płeć, tzw. orientację seksualną i stan cywilny. Co ciekawe, drakońskie prawo dotyczy tylko katolików. Procedująca wcześniej ustawę Izba Gmin zgodziła się, by spod jej jurysdykcji wyłączyć inne wyznania. Poprawki przyjęte przez niższą izbę parlamentu zostały sformułowane w taki sposób, że pojęcie osoby duchownej nie dotyczy kapłanów katolickich. Katoliccy hierarchowie przez wiele miesięcy na próżno zabiegali o możliwość konsultacji. 8 grudnia na spotkaniu z katolickimi członkami Izby Lordów prosili polityków, by zrobili wszystko, co w ich mocy, dla odrzucenia projektu lub przynajmniej aby poprawki dotyczące osoby duchownej obejmowały również katolików.
Autorem ustawy jest minister ds. kobiet i równości Harriet Harman, która twierdzi, że pomoże ona uczynić Wielką Brytanię krajem większej równości i “zbudować bardziej sprawiedliwe społeczeństwo”. Tymczasem przygotowane na zlecenie katolickiego Episkopatu ekspertyzy prawne jednoznacznie dowodzą, że konsekwencje przyjęcia nowego prawa będą dla Kościoła miażdżące. Biskupi katoliccy nie będą mogli np. odmówić przyjęcia do seminarium kobiet, homoseksualistów, transseksualistów i żonatych mężczyzn. Ponadto osoby, których postępowanie w sposób jawny przeczy nauczaniu Kościoła, jak np. aktywni homoseksualiści czy aborterzy, zyskają prawo do zatrudnienia w instytucjach katolickich.
Jak podkreślił w rozmowie z Catholic News Service Richard Kornicki, koordynator projektów prawnych zamówionych przez biskupów, jeśli ustawa wejdzie w życie, Kościół katolicki będzie nieprzerwanie nękany pozwami sądowymi z powodu rzekomych dyskryminacji wszelkiego rodzaju. Inny katolicki prawnik specjalizujący się w prawie antydyskryminacyjnym i jednocześnie dyrektor Centrum Prawnego im. św. Thomasa More’a Neil Addison precyzuje, że Kościół jako instytucja nie może zostać pozwany. Pozwy będą kierowane personalnie pod adresem księży biskupów uchylających się od nowych zobowiązań. Addison podkreśla, że grozić im będą wówczas nie tylko wysokie kary pieniężne i konfiskaty dóbr kościelnych, ale nawet więzienie. Jak zauważa Addison, w tej sytuacji państwo bardzo utrudni biskupom utrzymanie dyscypliny wśród duchowieństwa. Ustawa zakłada też, że ze szkół, szpitali i innych instytucji prowadzonych i finansowanych przez Kościół będą musiały zostać usunięte krzyże i wszelkie inne symbole religijne. Ich pozostawienie narazi placówki na zarzut pogwałcenia uczuć niechrześcijańskich pracowników.
Katoliccy biskupi już w listopadzie apelowali do Izby Lordów o odrzucenie ustawy w całości lub przynajmniej jej zmodyfikowanie. “Ustawa powoduje, że nie będzie zgodne z prawem wymagać, by ksiądz był mężczyzną, osobą niepozostającą w związku małżeńskim, ani też w związku partnerskim” – napisali hierarchowie. “Ta kontrowersyjna definicja została utworzona bez żadnych konsultacji i jest popierana przez rząd pomimo zastrzeżeń zgłaszanych przez Konferencję Biskupów i petycji wielu wspólnot religijnych w Wielkiej Brytanii” – dodali w swoim oświadczeniu.
– Ta ustawa, jeśli zostanie uchwalona, będzie sprzeczna z zasadą poszanowania wolności religijnej w wymiarze instytucjonalnym. Kościół rządzi się bowiem swoim prawem i państwo nie może jemu narzucać tego typu rozwiązań. Może co najwyżej narzucić je Kościołowi państwowemu, czyli w tym przypadku anglikańskiemu – podkreślił w rozmowie z “Naszym Dziennikiem” ks. prof. dr hab. Józef Krukowski z Wydziału Prawa Kanonicznego i Administracji Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Działanie Episkopatu nie spodobało się lewicowemu rządowi. 8 grudnia rzecznik rządu wystąpił z oficjalną krytyką biskupów za to, że starają się wyłączyć księży spod ustawy. Rzecznik podkreślił, że Kościół katolicki powinien zadowolić się tym, co przewiduje ustawa. A zapisy posuwają się do tego, że regulują czas pracy kapłanów. Księżom stawiany jest wymóg poświęcania 51 proc. czasu na czynności liturgiczne i wyjaśnianie doktryny (to według legislatorów jest konieczne do otrzymania statusu “księdza”, nie zaś zwykłego “pracownika kościelnego”). Jeśli kapłan nie będzie poświęcał codziennie 51 proc. czasu na czynności liturgiczne i wyjaśnianie doktryny, gdyż będzie wykonywał także inne należące do niego zadania, wtedy otrzyma status zaledwie “pracownika Kościoła”. W tym tkwi haczyk: jako “pracownik kościelny” będzie podlegał pod nową ustawę równościową.
Brytyjscy biskupi podkreślają, że ten wymóg jest niemożliwy do spełniania, bo w projekcie ustawy nie znalazły się inne ważne obowiązki księdza, które musi on spełniać, jak choćby praca duszpasterska, prywatna modlitwa, studia i doglądanie spraw związanych z administracją parafialną, w tym także budową i drobnymi pracami wokół świątyni.
– Brytyjski rząd traktuje religię jako problem i przejaw ekscentryzmu. Zdaniem laburzystów, wiarę praktykują jedynie dziwacy, obcokrajowcy i mniejszości. Rząd chce także, aby wiara była postrzegana jako coś nienormalnego, co nie pasuje do nowoczesnej Wielkiej Brytanii – powiedział w wywiadzie dla dziennika “Daily Telegraph” duchowy zwierzchnik anglikanów abp Rowan Williams, cytowany przez Radio Watykańskie. Jego zdaniem, taka postawa pokazuje, jak bardzo klasa polityczna oddaliła się od zwykłych obywateli, dla których wiara wciąż pozostaje ważnym elementem życia. – Z drugiej strony ów negatywny stosunek do religii wynika stąd, że rządzący całą swą uwagę skupiają na islamie, a chrześcijan traktują po macoszemu – podkreślił. Wielka Brytania od czasów zerwania łączności ze Stolicą Apostolską w XVI w. do chwili obecnej pozostaje państwem wyznaniowym. Pozycję Kościoła oficjalnego mają Kościół anglikański oraz Kościół szkocki. Wolność tych Kościołów jest ograniczona. Najwyższym ich rządcą jest król, a biskupi są mianowani przez króla na wniosek premiera.
Biskupi katoliccy Anglii i Walii obawiają się prześladowań z powodu proponowanej nowej ustawy równościowej. Określa ona bowiem kto może zostać księdzem. Ustawa zakazuje dyskryminacji kandydatów na kapłanów ze względu na płeć i „orientację seksualną”.
15 grudnia w wyższej izbie parlamentu brytyjskiego odbędzie się debata nad projektem nowej ustawy równościowej, która ma położyć kres dyskryminacji w miejscu pracy. Biskupi wystosowali do katolickich członków Izby Lordów specjalne oświadczenie, prosząc ich o odrzucenie ustawy albo przynajmniej jej zmianę.
Zgodnie z projektem nowej ustawy równościowej Kościół uniknie szykan tylko wtedy, gdy zaakceptuje kobiety, aktywnych seksualnie pederastów i lesbijki oraz transseksualistów jako kandydatów na kapłanów. Co więcej, kapłani będą zobowiązani do spędzania 51 proc. swojego czasu na wyjaśnianiu i nauczaniu doktryny katolickiej albo na praktykowaniu nabożeństw. Projekt nie uwzględnia czasu księży spędzanego na pracy pasterskiej, modlitwie prywatnej oraz nauce, załatwianiu spraw administracyjnych, czy spraw związanych z budową lub utrzymaniem świątyń itp.
„Ta kontrowersyjna definicja kapłana została przyjęta przez rząd bez konsultacji i utrzymana mimo zastrzeżeń zgłaszanych przez episkopat oraz przedstawicieli innych organizacji religijnych” – zauważyli w oświadczeniu hierarchowie.
8 grudnia rzecznik rządu skrytykował biskupów za to, że próbują wyłączyć katolickich księży z obowiązywania ustawy. W listopadzie tego roku Izba Gmin odrzuciła poprawkę, która dawałaby większą swobodę Kościołowi katolickiemu w ramach obowiązywania nowej ustawy równościowej. Obserwatorzy spodziewają się, że ustawa ta wejdzie w życie najprawdopodobniej na początku przyszłego roku.
Richard Kornicki, koordynator parlamentarny biskupów stwierdził, że episkopat nie może się zgodzić z proponowaną przez rząd definicją kapłana. Powiedział on, iż prawnicy są pewni, że Kościół katolicki byłby ciągle nękany pozwami sądowymi z powodu dyskryminacji na tle seksualnym, skoro Kościół odrzuca kandydatów na księży, którzy nie są mężczyznami, są homoseksualistami, transseksualistami itp. Rząd tymczasem upiera się przy stwierdzeniu, że Kościół nie może pozostawać przy własnych poglądach na temat tego, kto może zostać kapłanem.
Katolicki prawnik Neil Addison, szef Centrum Prawnego im. Tomasza More’a, specjalizujący się w prawie dyskryminacyjnym stwierdził, że Kościół jako instytucja nie może zostać pozwany do sądu, ale pozywani będą biskupi, którym grozi kara pozbawienia wolności i wysoka grzywna, przez co majątek kościelny może zostać znacznie uszczuplony. Ponadto zauważył on, że biskupi nie będą w stanie utrzymać dyscypliny wśród duchowieństwa, bo prawo nie pozwoli im zabraniać kapłanom prowadzić „alternatywnych stylów życia”.
Zgodnie z nową ustawą katolickie szkoły oraz przychodnie zdrowia i inne instytucje będą musiały usunąć ze ścian krzyże, gdyż w przeciwnym razie będą one naruszały uczucia niechrześcijańskich pracowników.
Stanisław Michalkiewicz 2009-12-10 http://www.bibula.com/?p=16436
W związku z naszym jasnym i zdecydowanym stanowiskiem w sprawie aborcji, niektórzy ludzie zarzucają nam niekonsekwencję. Skoro bowiem – powiadają – domagacie się poszanowania życia ludzkiego, to dlaczego optujecie za przywróceniem kary śmierci do kodeksu karnego?
Moim zdaniem braku konsekwencji w naszym stanowisku nie ma, ponieważ właśnie dlatego jesteśmy za przywróceniem kary śmierci, gdyż stanowi ona niezbędny element prawnej ochrony życia ludzkiego.
Intencją przyświecającą przeciwnikom kary śmierci jest chęć eliminacji z systemu prawnego możliwości bezkarnego pozbawienia człowieka życia. Intencja ta, aczkolwiek bardzo szlachetna, jest w praktyce niemożliwa do zrealizowania.
Przyczyna jest następująca. Otóż zarówno w polskim, jak i w innych systemach prawa karnego, występuje instytucja obrony koniecznej. Polega ona na tym, że człowiek będący obiektem bezprawnego zamachu, ma prawo odeprzeć go przez własne działanie, używając środków skutecznych, acz proporcjonalnych do zaistniałego zagrożenia. Vim vi repellere licet – siłę godzi się odeprzeć siłą – ta zasada prawa rzymskiego znalazła wyraz w jednym z orzeczeń Sądu Najwyższego (Izba Karna), który stwierdził, że człowiek zaatakowany przez przestępcę nie ma prawnego obowiązku ratowania się ucieczką. To uprawnienie zakłada również możliwość pozbawienia życia napastnika, jeśli jego postępowanie niedwuznacznie wskazuje na identyczny zamiar a niebezpieczeństwa nie da się uniknąć w jakiś inny sposób. Nie potrzebuję dodawać, że takie działanie człowieka zaatakowanego nie jest przez prawo uznawane za przestępstwo, a więc nie można -w przypadku broniącego się – mówić o winie, a tym samym i o karze, nawet gdyby skutkiem jego obrony była śmierć napastnika.
Gdyby zatem konsekwentnie wyeliminować wszelką możliwość bezkarnego pozbawienia życia człowieka z systemu prawnego, to trzeba by również zlikwidować instytucję obrony koniecznej. W takim jednak przypadku prawo traktowałoby identycznie zarówno bezprawny zamach, jak i obronę przed nim, a więc skutecznie zacierałoby granicę między prawem a bezprawiem, między przestępczym zamachem, a obroną przed nim. Taka sytuacja przekreślałaby ochronną funkcję prawa karnego i podważałaby sens prawa w ogóle.
Z tych właśnie względów, zatrącających o paradoks, utrzymanie w systemie prawnym możliwości bezkarnego zabicia człowieka objawia się jako jeden z fundamentów ochronnej funkcji prawa karnego i sensu prawa w ogólności. I właśnie dlatego intencje przeciwników kary śmierci nie są możliwe do zrealizowania w pełni bez podważenia samej istoty prawa.
Czy jednak nie są możliwe do zrealizowania częściowo? Wróćmy raz jeszcze do instytucji obrony koniecznej. Jak wspomniałem, człowiek zaatakowany przez napastnika ma prawo się bronić. Zakres tej dopuszczalnej obrony zakłada możliwość pozbawienia napastnika życia. Napastnik zatem, decydując się na zaatakowanie swojej ofiary, nie może nie liczyć się z tą możliwością i przystępując do napadu ryzykuje życiem. Zwróćmy uwagę, że z punktu widzenia prawnego możliwość utraty życia przez napastnika zachodzi już wtedy, gdy znajduje się on zaledwie na etapie usiłowania (np. usiłowania zabójstwa). Skoro kara śmierci została zniesiona , napastnik, który na etapie usiłowania jest zagrożony utratą życia, otrzymuje od systemu prawnego nagrodę, o ile tylko doprowadzi swój zbrodniczy zamiar do końca, to znaczy, o ile ofiarę życia rzeczywiście pozbawi. Wtedy bowiem ze strony ofiary żadne niebezpieczeństwo już mu nie grozi, zaś prawo od tego momentu gwarantuje mu ochronę życia, zwłaszcza, gdy zostanie schwytany, osądzony i skazany. Mówię o gwarantowaniu życia, ponieważ w takiej sytuacji inne osoby są odpowiedzialne przed prawem za ochronę życia aresztowanego i skazańca. W ten oto sposób likwidacja kary śmierci premiuje zbrodniarzy szczególnie brutalnych, bezlitosnych, którzy nie wahają się przed doprowadzeniem swoich ofiar do stanu bezbronności i zgładzeniem ich. W zasadzie zaś, likwidacja kary śmierci poprawia sytuację przestępcy pod warunkiem wszakże, że przekroczy on etap usiłowania i osiągnie etap realizacji zbrodniczego zamiaru.
Tymczasem funkcją prawa karnego nie jest zapewnianie przestępcom bardziej komfortowej sytuacji, ale ochrona jednostek przed bezprawnymi zamachami. Zatem wykonywanie ochronnej funkcji prawa powinno zmierzać do utrzymania sytuacji co najmniej takiej, jaka istniała na etapie usiłowania, to znaczy dopóki zaatakowana ofiara mogła skorzystać z obrony koniecznej. Zadaniem prawa karnego powinno być zatem przedłużenie zagrożenia życia napastnika również na okres, gdy ofiara została doprowadzona do stanu bezbronności, albo pozbawiona życia.
W tym momencie – jak przypuszczam – leży przyczyna nieporozumienia między zwolennikami kary śmierci, a jej przeciwnikami. Ci pierwsi, do których również i jam się zaliczam, uważają, że prawo powinno występować w imieniu jednostki, której dobra zostały w wyniku przestępstwa naruszone, a więc powinno działać tak jak ona, również wtedy, kiedy ona sama z tych czy innych powodów działać już nie może. Ci drudzy natomiast uważają, że prawo powinno działać w imieniu społeczeństwa. W takiej zaś sytuacji wspomnienie zbrodni i krzywdy ofiary schodzi na plan dalszy, a przedmiotem uwagi staje się sytuacja przestępcy, skonfrontowanego ze społeczeństwem. Pod wpływem tej, oczywiście niesymetrycznej, sytuacji rodzą się pytania o prawomocność kary śmierci itp. objawy współczucia. Takie są praktyczne konsekwencje różnicy między indywidualistyczną, a kolektywistyczną koncepcją prawa karnego. Tymczasem prawo to powinno przede wszystkim kierować się nakazem sprawiedliwości, a więc oddawania każdemu tego, co mu się należy, a dopiero potem współczuciem dla zbrodniarza. I z tego punktu widzenia powinna być w kodeksie i kara śmierci, i prawo łaski.
I jeszcze jedna uwaga. Obawiam się, że postulat zniesienia kary śmierci prowadzi w gruncie rzeczy do uproszczenia procedury jej orzekania i wykonywania. Oto przykład: w swoim czasie ówczesna Niemiecka Republika Demokratyczna zniosła karę śmierci. W tym samym jednak czasie straż graniczna tego państwa strzelała do ludzi usiłujących sforsować mur berliński, a liczba uśmierconych w ten sposób nieszczęśników sięgała setek. Jak więc było naprawdę? Ist-niała tam kara śmierci, czy nie istniała? Uważam, bo faktom zaprzeczać nie potrafię, że nadal istniała, tylko zabroniono jej orzekania sądom działającym mimo wszystko według jakiejś procedury, a przekazano jej orzekanie i wykonywanie żołnierzom straży granicznej, którzy nie prowadzili żadnego postępowania, nie przesłuchiwali podejrzanych, nie określali stopnia ich winy, nie wysłuchiwali argumentów obrońców, ani też nie pouczali o przysługujących środkach odwoławczych, tylko repetowali karabin i strzelali.
Osobiście wolałbym, żeby jednak o karze śmierci decydowały sądy, które – cokolwiek by o nich nie powiedzieć – dają pewne gwarancje praworządności. Trudno natomiast mi pogodzić się z postulatem, wskutek którego prawo orzekania tej kary i jej wykonywania miałyby osoby przypadkowe. Tymczasem nie tylko w byłej NRD, ale również u nas, tu i teraz, taka tendencja występuje.
Jest rzeczą charakterystyczną, że kręgi domagające się zniesienia kary śmierci zawsze w znacznym stopniu się pokrywały z kręgami domagającymi się kontynuowania legalizacji aborcji. Warto przysłuchać się ich argumentacji: oto o życiu człowieka jeszcze nie urodzonego miałaby decydować “kobieta”. A więc nie sąd, nie za jakieś przestępstwo, nie po zbadaniu stopnia winy, ale “kobieta”, kierująca się przesłankami znanymi tylko jej samej. Czyż nie jest to fragment tendencji zmierzającej do uproszczenia procedury orzekania i wykonywania kary śmierci? Może ktoś powiedzieć, że mieszam pojęcia, bo przecież w przypadku dziecka nie można mówić o przestępstwie. Wolne żarty! Tym gorzej! Z punktu widzenia człowieka pozbawianego życia taka żonglerka słowami nie ma żadnego znaczenia.
Dlatego też sprzeciwiam się jakimkolwiek pomysłom, które zmierzałyby do upraszczania procedury orzekania i wykonywania kary śmierci. Zaś ona sama powinna figurować w kodeksie karnym, zarezerwowana do przypadków umyślnych zabójstw, zwanych ongiś morderstwami. Jej likwidacja bowiem prowadzi do poważnych i demoralizujących niekonsekwencji w systemie prawnym. Quod erat demonstrandum. Stanisław Michalkiewicz
Adam Wawrzyniec źródło tekstu: wp.pl, Gazeta Wrocławska
Wrocławskiej firmie Redeco grozi wysoka – 73 tys. zł – kara za wycięcie drzewa. Pieniędzy chce od przedsiębiorstwa miasto. Tyle tylko, że klon, którego dotyczy decyzja… rośnie w najlepsze. Pięć lat temu spółka Redeco, budująca obiekty sportowe we Wrocławiu, rozpoczęła stawianie Centrum Tenisowego przy alei Hallera. W miejscu, gdzie powstawały korty tenisowe, rosły trzy klony. – Wystąpiliśmy o zgodę na ich przesadzenie. Przyszła pani z urzędu miejskiego, sprawdziła na miejscu, jak to wygląda i wydała decyzję – wspomina Mirosław Gorczyca, prezes Redeco.
ONZ zapowiedziała odrębne śledztwo w sprawie wycieku e-maili naukowców z Uniwersytetu Wschodniej Anglii. Ze skradzionych wiadomości miało wynikać, że globalne ocieplenie to mit, a naukowcy celowo manipulują wynikami badań, by utrzymać w mocy twierdzenie, że klimat na Ziemi się ociepla i proces ten w dużej mierze spowodowany jest działalnością człowieka.
W wywiadzie dla radia BBC przewodniczący międzynarodowego panelu ds. zmian klimatu, Rajendra Pachauri powiedział, że informacje ujawnione w e-mailach są bardzo poważne i istotne. – Będziemy to badać szczegółowo – obiecał Pachauri zapowiadając niezależne śledztwo. – Z pewnością nie ma mowy o zamiataniu sprawy pod dywan – przekonywał przewodniczący. Komisja ONZ zbada informacje w celu ustalenia, czy istnieją dowody na manipulację i ukrywanie danych, co jest sprzeczne z powszechną praktyką naukową.
Brytyjski sekretarz ds. zmian klimatu, Ed Miliband przyznał, że międzynarodowa afera ze skradzionymi wiadomościami naukowców będzie miała wpływ na rozmowy podczas najbliższego szczytu klimatycznego ONZ, który odbędzie się 7 grudnia w Kopenhadze. – Potrzebujemy jak najwięcej przejrzystości na temat danych, które wyciekły – powiedział Miliband.
Sensacyjne dane wyciekły dzięki hakerowi, któremu udało się włamać na stronę Hadley Climatic Research Unit, największego w Wielkiej Brytanii instytutu zajmującego się badaniami w zakresie klimatologii. Wykradziono ponad 1000 e-maili i 72 dokumenty. Wynika z nich jasno, że tzw. “globalne ocieplenie”, to nic innego jak wielkie oszustwo. Z opublikowanych listów wyłania się obraz spisku, mającego na celu przekonanie opinii publicznej, że faktycznie czeka nas ocieplenie. Pojawiają się w nich sformułowania: “Właśnie poprawiłem dane, dodałem nieco wartości, tak aby ukryć rzeczywisty spadek temperatury”.
Wcześniej amerykański senator John Inhofe zwracał się z prośbą o zbadanie sprawy przez Senat w USA, jednak wpływowa członkini Partii Demokratycznej, Barbara Boxer w dość lakoniczny sposób wypowiedziała się na temat wątpliwości.
- Cała koncepcja “Jesteśmy ekspertami, zaufajcie nam” runęła po ujawnieniu tych e-maili – komentuje Judith Curry, klimatolog z Georgia Institute of Technology. Curry razem z innymi naukowcami domaga się , żeby metody analizowania i gromadzenia danych dotyczących klimatu były bardziej przejrzyste. Badacze uważają, że należy zrewidować procedury selekcji artykułów stosowane przez niektóre czasopisma naukowe oraz Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatycznych (Intergovernmental Panel on Climate Change). To właśnie Panel w 2007 roku doszedł do wniosku, że za ocieplenie klimatu przede wszystkim odpowiada działalność człowieka. Te ustalenia są podstawą międzynarodowych dyskusji na temat nowego porozumienia w sprawie klimatu.
7 grudnia rusza wielki szczyt klimatyczny. To właśnie na nim Barack Obama (który przyjedzie 9 grudnia) ma zaprezentować plan redukcji przez Stany Zjednoczone (największego truciciela na Ziemi) emisji gazów cieplarnianych do 2020 roku o ok. 17 proc. w stosunku do 2005 roku. (Fox News)
W Polsce rocznie powstaje grubo ponad 4000 doktoratów, o pracach magisterskich już nie wspomnę. Nikomu jakoś do głowy nie przychodzi by śledzić z zapałem ile jest tam zawartych bzdur, plagiatów czy prac pisanych przez wynajętych zawodowców za odpowiednią opłatą, a ile wartościowych dzieł.
Są jednak wyjątki. Wszyscy pamiętamy amok salonu po opublikowaniu solidnej i z pasją napisanej pracy magisterskiej Pawła Zyzaka na temat Lecha Wałęsy. Ostatnio w kraju gdzie broni się kilkanaście doktoratów dziennie przypuszczono atak na świeżo upieczonego doktora, ojca Tadeusza Rydzyka.
Warto tu zatrzymać się przy osobie, która ten furiacki atak zainicjowała. Chodzi o profesora filozofii Jana Hartmana z Uniwersytetu Jagiellońskiego i jednego z założycieli reaktywowanej w 2007 roku żydowskiej loży B’nai B’rith Polska, której członkiem może zostać osoba fizyczna, która ma i deklaruje tożsamość żydowską, świecką bądź religijną, opartą na pochodzeniu żydowskim (z ojca lub matki) lub na konwersji na judaizm.
Przypomnieć również należy, że 9 września 2007 roku przy okazji otwarcia nowej loży B’nai B’rith w Polsce odbyło się spotkanie z udziałem ambasadora USA w Warszawie Victora Asha i prezesa Moishe Smitha. Nakreślono tam główne zadania tej organizacji w Polsce związane z ustawodawstwem dotyczącym zwrotu mienia żydowskiego oraz „kwestie” związane z Radiem Maryja.
Profesor Jan Hartman oprócz wielu naukowych zajęć, zajmuje się również (o zgrozo) nauczaniem etyki przyszłych adeptów sztuki lekarskiej. Mogliśmy go bliżej poznać podczas telewizyjnego tourne, jakie odbywał w towarzystwie Kazimiery Szczuki z okazji uśmiercenia Włoszki, Eluany Englaro.
To wtedy ci piewcy eutanazji i „zabijania z wyższych pobudek” wyartykułowali zdania, które zapadły w moją pamięć.
Profesor Hartman mówił: „Lepiej chodzić na groby bliskich niż opiekować się żywym grobem” albo „Podtrzymywanie funkcji życiowych ciał, które już dawno umarły nie ma sensu”.
Kazimiera Szczuka zaś informowała miliony Polaków o wielkiej uldze, jaką odczuła po śmierci zadanej Eluanie.
Po ostatnim przypadku Belga, Roma Haubena, którego mózg jak się okazuje przez 23 lata pracował normalnie, a lekarze jego stan określali, jako wegetatywny, ci nasi piewcy cywilizacji śmierci i jednocześnie jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności zacięci wrogowie Radia Maryja jawią mi się, jako postaci niezwykle niebezpieczne.
Wszystkim tym, którzy ich poglądy uważają za postępowe i nowoczesne, a hasło „Śmierć z litości” za nośne, świeże oraz moralnie i etycznie uzasadnione przypomnę coś, co może się wydać analogią zbyt daleko idącą. Ale czy aby na pewno?
***
W dniach od 9 grudnia 1946r. do 20 sierpnia 1947r. odbywał się Norymberski Proces Lekarzy. Podczas jego trwania opinia światowa dowiedziała się jak doszło do masowej na niespotykaną skalę eksterminacji bezbronnych ludzi za pomocą eutanazji. Warto dziś to przypominać gdyż wiele dowiedzieć się dzięki temu możemy o obecnej kondycji ludzkości.
W 1938 roku do kancelarii Hitlera, który wraz ze swym osobistym lekarzem Karlem Brandtem zastanawiał się jak pozbyć się ludzi starych, chorych i upośledzonych, wpłynął list od niejakiego Knauera z Lipska, ojca upośledzonego dziecka, który prosił o „łaskę śmierci” dla pozbawionego jednego przedramienia, ze zdeformowana stopą i „wrodzonym idiotyzmem” niemowlęcia.
Postanowiono ten przypadek potraktować, jako pilotażowy, oprawić go odpowiednio propagandowo i w razie sukcesu ten „patent” zastosować na skalę masową.
Osobiście zajął się tym lekarz Hitlera Karl Brandt, a sprawie nadano kryptonim „Dziecko K”.
Karl Brandt uznał za najważniejsze wymyślenie „reklamowego sloganu” i sposobu takiej perswazji skierowanej do rodzin i rodziców uśmiercanych oraz lekarzy, personelu medycznego i obywateli, aby ewentualne poczucie winy za śmierć zamienić w uczucie satysfakcji ze spełnienia dobrego uczynku powodowanego uczuciami wyższymi.
Spośród wielu propozycji padło na hasło „ŚMIERĆ Z LITOŚCI”.
I tak 25 lipca 1939 roku śmiertelnym zastrzykiem zabito „Dziecko K” pierwowzór dzisiejszych Terri Schiawo i Eluany Englaro.Akcja zakończyła się pełnym sukcesem.
Kolejnym etapem miał być nakręcony na zlecenie Hitlera i Brandta film mający całe społeczeństwo przekonać o zbawiennych skutkach zabijania ludzi chorych, starych i upośledzonych.
Zalecano, by scenariusz zawierał przesłanie mówiące, że
1. Szpitale są przepełnione takimi pacjentami
2. Ci ludzie tak naprawdę już nie żyją
3. Oni sami tego chcą, lub chcieliby, gdyby mogli to powiedzieć
4. Ich wygląd musi być odrażający i budzący wstręt
5. Tytuł filmu ma być jednocześnie hasłem kluczem mówiącym, że te osoby tak naprawdę już nie żyją.
Tak powstała pierwsza robocza wersja niemieckiego filmu pod tytułem „ISTNIENIE BEZ ŻYCIA”, niezaakceptowana jednak przez kancelarię Hitlera. Obraz oceniono, jako za mało ponury, mogący w społeczeństwie wzbudzić uczucie litości.
Druga ocalała do dziś kopia wersji roboczej filmu o tym samym tytule wzbogacona została o techniczne efekty. Wszystkich chorych, zdeformowanych, w stanie wegetatywnym i psychicznie chorych za pomocą odpowiedniego oświetlenia ukazano, jako potwory. Jeden z chorych na schizofrenię zapięty w kaftan bezpieczeństwa recytuje wyuczone na pamięć formułki o tym, że jest bardzo chory, marzy o śmierci i świętym spokoju.
Po tym propagandowym wstępie dokonano masowej zagłady ludzi chorych, starych i upośledzonych na niespotykaną do dziś skalę przy bierności, a nawet cichym poparciu ówczesnej opinii publicznej.
***
Mam nadzieję, że o przyznawaniu doktoratów w Polsce czy nauce moralności i etyki nigdy nie będą decydowali tacy ludzie jak Jan Hartman, Kazimiera Szczuka czy środowisko Gazety Wyborczej.
Na koniec przypomnę fragment pamiętnego sejmowego przemówienia Jana Pawła II
„…pojawia się dzisiaj nie mniej poważna groźba zanegowania podstawowych praw osoby ludzkiej i ponownego wchłonięcia przez politykę nawet potrzeb religijnych, zakorzenionych w sercu każdej ludzkiej istoty: jest to groźba sprzymierzenia się demokracji z relatywizmem etycznym, który pozbawia życie społeczności cywilnej trwałego moralnego punktu odniesienia, odbierając mu, w sposób radykalny, zdolność rozpoznawania prawdy. Jeśli bowiem “nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”
Póki, co namawiam swoją córkę, aby wybierając się na studia medyczne omijała Kraków dopóki etyki uczy tam przyszłych lekarzy profesor Jan Hartman.
Stanisław Michalkiewicz 2009-12-2 http://www.bibula.com/?p=16284
Szanowni Państwo! W wierszu opisującym koniec świata Czesław Miłosz kładzie nacisk na to, że wszystko wygląda na pozór zwyczajnie; “pijak zasypia na brzegu trawnika, nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa(…)a którzy czekali błyskawic i grzmotów, są zawiedzeni”. Więc niby nic szczególnego się nie dzieje, ale koniec świata już właśnie się rozpoczął – no a kiedy nawet najmniej spostrzegawczy obserwator zorientuje się, co się dzieje – będzie już za późno na cokolwiek. Podobnie nic szczególnego nie działo się 1 grudnia, kiedy wszedł w życie traktat lizboński, a Polska stała się częścią składową proklamowanego właśnie europejskiego cesarstwa pod nazwą Unią Europejska. Nic się nie działo – jeśli oczywiście nie liczyć tego, że pod Kancelarią Premiera demonstrujący policjanci krzyczeli: “złodzieje, złodzieje!”, zaś w Sejmie, do którego właśnie powrócił “Zbycho”, czyli były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, sejmowa komisja śledcza próbuje ustalić, kto jest większym, a kto mniejszym łajdakiem – bo w związku z postępującą utratą przez Polskę politycznej suwerenności – nasi politycy żadnymi poważniejszymi sprawami zajmować się już nie mogą. Jeśli w ogóle cokolwiek mogą, to sprawiać wrażenie, jakoby podejmowali suwerenne decyzje, podczas gdy tak naprawdę, tylko wykonują ustalenia i polecenia starszych i mądrzejszych. Znakomitym przykładem takiego postępowania jest niedawna deklaracja premiera Donalda Tuska o wysłaniu kolejnego kontyngentu askarisów na wojnę w Afganistanie. Rząd przedstawia to jako własną decyzję, podjętą po rozmowie z amerykańskim prezydentem Obamą, ale przecież żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak przed kilkoma tygodniami amerykański ambasador Lee Feinstein dziekował polskiemu rządowi za podjęcie decyzji o wysłaniu dodatkowego kontyngentu askarisów do Afganistanu. Minister obrony Bogdan Klich sprawiał wrażenie zaskoczonego, że to niby żadnej decyzji w tej sprawie jeszcze nie podjęto, bo przecież ostatnie słowo ma Zwierzchnik Sił Zbrojnych, czyli pan prezydent – ale okazuje się, że ambasador Feinstein wiedział lepiej. Co tu ma do gadania jakiś tubylczy minister, czy nawet prezydent, kiedy starsi i mądrzejsi decyzję w sprawie askarisów już podjęli? W tej sytuacji wygląda na to, że telefoniczna rozmowa z prezydentem Obamą pozwoliła premieru Tusku uratować pozory, że to niby o wszystkim zdecydował sam. Trzerba powiedzieć, że ze strony prezydenta Obamy to duża uprzejmość, bo przecież askarisi zostaliby wysłani i bez tej rozmowy. Ale – powiedzmy sobie szczerze – co prezydentowi Obamie szkodzi okazać trochę uprzejmości tubylczemu mężykowi stanu, któremu zależy już tylko na ratowaniu pozorów? Nic mu nie szkodzi, zwłaszcza że za wysyłkę askarisów i ich pobyt w Afganistanie Polska zapłaci tak, jak płaci do tej pory. Jeśli wierzyć ministrowi Klichowi – ale czy któremukolwiek ministrowi można dzisiaj wierzyć? – ponad 600 milionów złotych rocznie. Ale dzięki temu możemy uczestniczyć w podtrzymywaniu tam iluzorycznej władzy amerykańskiego agenciaka Hamida Karzaja, co w oficjalnej nowomowie nazywa się “umacnianiem demokracji”. W ogóle demokracja, a już zwłaszcza nasza młoda, charakteryzuje się zwiększonym udziałem agenciaków na najwyższych szczeblach konstytucyjnych organów związanych z zewnętrznymi znamionami władzy. Nie dość, że desperacka obrona legendy byłego prezydsenta naszego państwa Lecha Wałęsy napotyka coraz większe trudności i przyjmowana jest z rosnącym niedowierzaniem, a tu IPN opublikował właśnie książkę, z której wynika, że agentem był również kolejny były prezydent naszego państwa Aleksander Kwaśniewski. Zważywszy, że i generał Wojciech Jaruzelski już w latach 40-tych został rezydentem Informacji Wojskowej, czyli ówczesnej razwiedki, możemy chyba mówić o prawidłowości. Czy w tej sytuacji można w Polsce w ogóle zostać politykiem nie będąc niczyim agentem? To oczywiście jest pytanie retoryczne, bo “koń – jaki jest – każdy widzi”, ale mimo, a może właśnie dlatego, dobrze objaśnia przyczyny dla których zarówno strategiczni partnerzy, jak również starsi i mądrzejsi z państw trzecich, penetrują Polskę na wylot i zawczasu informują tubylcze władze o decyzjach, jakie będą musiały suwerennie podjąć. A skoro już mowa o wysyłanych do Afganistanu askarisach, to jest to dobra okazja do przyjrzenia się naszej sławnej armii. W lecie tego roku liczyła ona 93 tysiące żołnierzy, w tym niewiele ponad 100 generałów, 22 tysiące oficerów, 45 tysięcy podoficerów, 12 tysięcy szeregowców zawodowych i 10 tysięcy – nadterminowych. Wynika z tego, że na jednego szeregowca przypada jeden oficer i dwóch podoficerów – zupełnie jak w czasach saskich, słusznie uchodzących za epokę najgłębszego upadku Polski. Ale jeśli z punktu widzenia polskiego interesu państwowego taka sytuacja wydaje się alarmująca, to z punktu widzenia strategicznych partnerów wygląda to zupełnie inaczej. Jeszcze pod koniec lat 80-tych ówczesny sowiecki minister spraw zagranicznych Edward Szedwardnadze powiedział, że Związek Radziecki zgadza się na zjednoczenie Niemiec pod warunkiem, że między zjednoczonymi Niemcami, a Związkiem Radzieckim zostanie ustanowiona strefa buforowa. Strefa buforowa – a więc obszar rozbrojony i pozbawiony przemysłu ciężkiego, który w razie potrzeby można by przestawić na produkcję broni. I w tym właśnie kierunku Polska jest przekształcana, za pośrednictwem władz tubylczych. Bo przecież i z punktu widzenia Naszej Złotej Pani Anieli jest znacznie lepiej, jeśli na straży polskich interesów państwowych stoi niezawodna Bundeswehra, gotowa – jak powszechnie wiadomo – bronić nas aż do ostatniej kropli krwi. Zatem, oparłszy kraj na takim fundamencie bezpieczeństwa, nasi mężykowie stanu spokojnie mogą skupić się już wyłącznie na dbałości o własny wizerunek – bo ważniejszymi sprawami zajmują się starsi i mądrzejsi. A więc, chociaż wszystko z pozoru wygląda zwyczajnie, niczym w wierszu Czesława Miłosza, to wiele wskazuje na to, że koniec świata dla nas już się właśnie rozpoczął, a skoro się rozpoczął, to pewnie zostanie doprowadzony do obmyślonego z góry finału.
- “Nie możemy pozwolić, by te badania ukazały się w najbliższym raporcie IPCC (Miedzynarodowego Panelu ds Zmian Klimatycznych). Kevin [Prof.Kevin Trenberth] i ja [Prof. Phil Jones] zrobimy wszystko, by je jakoś ukryć – nawet gdybyśmy mieli na nowo zdefiniować pojęcie “recenzji naukowej” – takie i inne rewelacje odkryto dzięki hackerom, którzy włamali się na serwery pocztowe UEA (Jednostka Badania Klimatu Uniwersytetu Wschodniej Anglii).
Tak brzmiała treść maila do znanego klimatologa z Uniwersytetu Stanowego w Pensylwanii Michaela Mann’a, zwolennika teorii o ludzkim czynniku wywołującym ocieplanie się klimatu. Wykradziono około 4000 maili, wśród nich znalazły się te, dzięki którym zdemaskowano oszustwa o globalnym ociepleniu ziemii.
Maile odnaleźć można z łatwością i przeczytać w internecie. Wystarczy tylko wejść na stronę interentową www.eastangliaemails.com.
“Właśnie skończyłem tę sztuczkę z danymi Mike’a dla Nature, o prawdziwej temperaturze za ostatnie 20 lat i z danymi od 1961 roku,(…) żeby ukryć spadek (temperatury)” – napisał w mailu Phil Jones do adresata nazwanego “Mani’m”.
Maile, a przede wszystkim wiedza o procederze fałszowania danych wywołała ogromne poruszenie. Były minister finansów Wielkiej Brytanii Lord Lawson ma nadzieję, że uda się jak najszybciej wyjaśnić, co najmnej dziwne metody czołowych badaczy ocieplenia klimatu.
Sam zaś prof. Jones próbuje tłumaczyć, że “publikacja danych jest zorganizowaną próbą postawienia pod znakiem zapytania badań nad ocieplaniem się klimatu, tuż przed zbliżającą się konferencją klimatyczną w Kopenhadze”. I dodaje, że ocieplanie się klimatu jest widoczne nie tylko na podstawie danych o temperaturach, ale także dzięki obserwacjom zmniejszania się lodowców, czy podnoszenia poziomu oceanów. Co – jak podkreśla – dowodzą także inni naukowcy z całego świata.
Skandalu jednak ukryć się nie da. Przeciwni teoriom globalnego ocieplenia wzywają prof. Jones’a do rezygnacji. Ale czy będą potrafili, nawet przy tak dużej kompromitacji badaczy – “proociepleniowców” obalić setki, a może i tysiące raportów i badań, które być może powstały w podobny sposób? Zobaczymy.
"Wolność i Praworządność" (d. Platforma Janusza Korwin-Mikkego)
zaprasza na konferencję prasową w dniu 30-XI o godz. 13.15 w Domu
Dziennikarza przy ulicy Foksal 3/5. Tematy konferencji:
1. Ostatni
dzień suwerenności Rzeczypospolitej Polskiej - konsekwencje Traktatu
„Lizbońskiego”.
Przy okazji zawiadamiamy, że o 16.30 przed bramą Uniwersytetu
Warszawskiego odbędzie się palenie flagi nie mającej jeszcze osobowości
prawnej „Unii Europejskiej” a o 23.15 – 24.00 ściągnięcie z masztu
flagi RP i wciągnięcie na jej miejsce flagi nowego suwerena.
2. Notyfikacja zmiany nazwy P-JKM na WiP. Kierunki działania partii "Wolność i Praworządność"
Paul Belien, Meet the President of Europe, The Brussels Journal, 2009-11-20
Herman Van Rompuy. Zapamiętaj to nazwisko. Jest to pierwszy Prezydent Unii Europejskiej, która to Unia wraz z ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego przez wszystkie 27 państw członkowskich na początku listopada 2009 przekształcona została w rzeczywiste Stany Zjednoczone Europy. Ten prezydent Europy nie został wybrany – został mianowany na tajnym spotkaniu głów rządów 27 państw-członków UE. Wybrali takiego, jakimi są oni sami. Herman Van Rompuy był premierem Belgii. Znałem go, kiedy dopiero z trudnością rozpoczynał swoją karierę polityczną.
Ażeby zrozumieć, kim jest Herman Van Rompuy, powinniście wiedzieć coś o Belgii, małym kraju w Zachodniej Europie – to właśnie prototyp Unii Europejskiej. Belgowie nie istnieją jako naród. Belgia jest sztucznym państwem, stworzonym przez mocarstwa europejskie w 1830 r. jako polityczny kompromis i eksperyment. Kraj ten liczy 6 mln Holendrów mieszkających we Flandrii, północnej części kraju i 4 mln Francuzów, zamieszkujących Walonię, południową część. Belgijscy Holendrzy, nazywani Flamandami woleli w swoim czasie pozostać częścią Holandii, którą byli do 1830, podczas gdy belgijscy Francuzi chcieliby przyłączyć się do Francji. Mimo to i jedni i drudzy zostali zmuszeni zamieszkać razem w jednym państwie.
Belgowie nie lubią swojego państwa. Gardzą nim. Mówią, że ono nic nie reprezentuje. Nie ma tam żadnych patriotów, ponieważ nikt nie jest gotów umierać za flagę, która niczego nie reprezentuje. Ponieważ Belgia nie reprezentuje niczego, Belgię uwielbiają ideologowie wielokulturowości. Mówią oni, że bez patriotyzmu nie będzie wojen, a świat przez to stanie się lepszy. Jak śpiewał John Lennon: “Wyobraź sobie że nie ma państw, to nie takie trudne, żadnego zabijania i umierania za coś, i żadnej religii też“.
W 1957 belgijscy politycy byli ojcami chrzestnymi Unii Europejskiej. Ich celem było przekształcenie całej Europy w jedną Wielką Belgię, tak, ażeby wojny między narodami nie były już więcej możliwe, gdyż nie byłoby już dłużej narodów – wszystkie narody Europy miały zostać wcielone w ramy jednego sztuczne superpaństwa europejskiego.
Bliższe przyjrzenie się Belgii, temu prototypowi Europy, pozwala zauważyć, że temu krajowi brakuje czegoś więcej, niż tylko patriotyzmu. Brakuje mu także demokracji, brakuje szacunku dla rządów prawa, brakuje moralności politycznej. W 1985 flamandzki filozof Lode Claes (1913-1997), w swej książce “Nieobecność moralności” przekonywał, że bez tożsamości i poczucia autentycznej przynależności narodowej nie może też być ani demokracji, ani moralności.
Jednym z tych, na których teza Lode Claes’a wywarła głęboki wpływ, był młody polityk nazwiskiem Herman Van Rompuy. W połowie lat 1980. Van Rompuy, konserwatywny katolik urodzony w 1947 r. był aktywistą sekcji młodzieżowej Partii Chrześcijańskich Demokratów. Pisał on wtedy książki i artykuły na temat znaczenia tradycyjnych wartości, roli religii, ochrony życia nienarodzonych, chrześcijańskich korzeni Europy i o potrzebie ich zachowania. Niedemokratyczna i amoralna natura polityków belgijskich odrzuciła go, co wprowadziło go w stan swego rodzaju kryzysu. Lode Claes tuż przed swoim przejściem na emeryturę zaproponował Hermanowi, żeby ten został jego następcą jako redaktor naczelny pisma Trends, belgijskiego tygodnika ekonomiczno-finansowego. W tych też okolicznościach zawarłem znajomość z Hermanem. Pewnego dnia zaprosił mnie na lunch, ażeby zapytać, czy nie przyłączyłbym się do niego, gdyby ewentualnie przyjął ofertę pracy dziennikarskiej. Odpowiedziałem twierdząco. Mówił mi, że zastanawia się nad porzuceniem polityki i nie jest zdecydowany, który kierunek życia zawodowego powinien obrać.
Nie jestem pewny, co stało się potem. Być może coś z tego, co mówił, dotarło do przywódców partii chadeckiej, że Herman, błyskotliwy ekonomista i intelektualista rozważa porzucenie polityki – być może złożono mu ofertę nie do odrzucenia. Tak czy inaczej, Herman pozostał w polityce. Został senatorem i członkiem rządu jako młody minister. W 1988 został przywódcą flamandzkich chrześcijańskich demokratów.
Nasze drogi krzyżowały się od czasu do czasu aż do 1990, kiedy belgijski parlament uchwalał bardzo liberalną ustawę aborcyjną. Belgijski król Baudouin (1930-1993), gorliwy katolik, który ubolewał bardzo, że nie może mieć ze swoją żoną dzieci, powiedział swoim przyjaciołom, że “abdykuje, a nie podpisze tej ustawy”. Belgijscy politycy, przekonani, że król blefuje, nie chcieli dopuścić, żeby Belgowie obywatele dowiedzieli się o zastrzeżeniach króla wobec tej ustawy. Pisałem na ten temat na łamach The Wall Street Journal, w rezultacie czego otrzymałem naganę ze stony gazety dla której pracowałem po telefonie od belgijskiego premiera, chrześcijańskiego demokraty do mojego wydawcy, byłego rzecznika tego premiera. Nie wolno mi już było więcej pisać na temat spraw belgijskich w pismach zagranicznych.
W kwietniu 1990 król rzeczywiście abdykował z powodu ustawy aborcyjnej, a Partia Chrześcijańskich Demokratów, kierowana przez Hermana Van Rompuy, który zawsze nosił się dumnie, że jest dobrym katolikiem, zatwierdziła ustawę przez kolegium ministrów -według procedury przewidzianej w belgijskiej konstytucji na wypadek, kiedy nie ma króla. Wtedy przegłosowano przywrócenie króla na tron następnego dnia. Opisałem całą tę sprawę w krytycznym artykule zamieszczonym w The Wall Street Journal, w konsekwencji czego zostałem zwolniony z pracy przez moją gazetę za “ubolewania godne prowadzenie”. Kilka tygodni później spotkałem Hermana na ślubie naszego wspólnego przyjaciela. Podszedłem do niego na pogawędkę. Widziałem, że czuł się bardzo niezręcznie – unikał kontaktu wzrokowego i przerwał rozmowę przy pierwszej lepszej okazji. Od tamtego czasu więcej ze sobą nie rozmawialiśmy.
Polityczna kariera Hermana toczyła się dalej. Został ministrem finansów rządu belgijskiego i wicepremierem, potem przewodniczącym Izby Reprezentantów i ostatecznie premierem. Nadal publikował swoje inteligentne intelektualne książki, ale zamiast bronić koncepcji dobra, obecnie bronił koncepcji “mniejszego zła”. I zaczął też pisać haiku.
Dwa lata temu Belgia stanęła w obliczu najgłębszego politycznego kryzysu w swej historii. Kraj był na krawędzi załamania w następstwie orzeczenia Sądu Najwyższego z 2003 r., że istniejący okręg wyborczy Bruksela-Halle-Vilvoorde (BHV), obejmujący dwujęzyczną Brukselę i otaczające ją niderlandzkojęzyczne otoczenie Halle-Vilvoorde jest niezgodne z belgijską konstytucją i że parlament powinien znaleźć sposób naprawienia tego stanu rzeczy. Orzeczenie to było rezultatem skargi, że okręg BHV jest niegodny z konstytucją, gdyż powinien być on podzielony na dwujęzyczny okręg wyborczy Bruksela i niderlandzkojęzyczny okręg wyborczy Halle-Vilvoorde. Skarga ta została wniesiona przez flamandzkiego mieszkańca okręgu Halle-Vilvoorde… Hermana Van Rompuy.
W 2003 chrześcijańscy demokraci nie znaleźli się u steru rządów i Herman stał się przywódcą opozycji. Jego skarga konstytucyjna miała w swej intencji spowodować problemy polityczne rządu liberałów, który uchylił się od przeprowadzenia podziału okręgu BHV, ponieważ partie frankofońskie w rządzie belgijskim odmówiły uznania orzeczenia belgijskiego Sądu Najwyższego. Flamandzcy chrześcijańscy demokraci poszli więc do wyborów w 2007 ze swoim głównym hasłem wyborczym, że jeśli uzyskają władzę, doprowadzą do podziału okręgu BHV. Herman prowadził kampanię pod tym kątem i jego partia wygrała wybory i stała się najsilniejszą partią flamandzką w parlamencie.
Kryzys polityczny w Belgii ciągnął się od czerwca do grudnia 2007, ponieważ okazało się rzeczą niemożliwą powołanie rządu, składającego się z dostatecznej liczby ministrów niderlandzkojęzycznych (Flamandów) i frankofońskich (Walonów). Flamandowie domagali się, żeby BHV był podzielony tak, jak nakazał Sąd Najwyższy, Walonowie natomiast odmawiali zastosowania się do tego werdyktu. Ostatecznie flamandzcy chrześcijańscy demokraci dali za wygraną, sprzeniewierzyli się obietnicy wyborczej, jaką składali swoim wyborcom i zgodzili się przystąpić do rządu bez podziału okręgu BHV. Co gorsza, nowy rząd miał teraz więcej ministrów walońskich, niż flamandzkich i nie miał poparcia większości flamandzkiej w parlamencie, pomimo, iż Flamandowie stanowią 60 proc. ludności Belgii.
Herman został przewodniczącym parlamentu. Pełniąc tę funkcję nie mógł dopuścić, żeby parlament i znajdująca się tam większość flamandzka zagłosowała za ustawą o podziale BHV. Dopuszczał się w tym celu wszelkiego rodzaju chwytów. Pewnego dnia okazało się, że zamki w drzwiach wejściowych do sali posiedzeń zostały wymienione, tak iż parlament nie mógł zebrać się w celu przeprowadzenia głosowania w tej sprawie. Kiedy indziej przez cały tydzień Herman nie pojawiał się w swoim biurze tylko dlatego, aby uniknąć otwarcia listu, domagającego się wniesienia sprawy pod obrady. Jego taktyka sprawdzała się. W grudniu 2008, kiedy belgijski premier zmuszony był poddać się do dymisji w obliczu skandalu finansowego, Herman został nowym przywódcą rządu, w którym przeważali ministrowie frankofońscy i który nie jest reprezentatywny dla większości flamandziej kraju. Podczas ostatnich 11 miesięcy Herman z wielką zręcznością unikał jakiegokolwiek parlamentarnego głosowania w sprawie BHV, przeciągając w nieskończoność sytuację, którą Sąd Najwyższy, w odpowiedzi na wniesioną przez tegoż samego Hermana skargę w 2003 r., uznał za sprzeczną z belgijską konstytucją.
Obecnie Herman doszedł do przewodnictwa Europie. Podobnie jak Belgia, tak i Unia Europejska jest niedemokratyczną instytucją, która potrzebuje przebiegłych liderów, którzy są zdolni odrzucić wszystko, co kiedykolwiek głosili i którzy wiedzą, jak się narzuca narodowi decyzje wbrew woli narodu. Mniejsza o demokrację, moralność i rządy prawa, nasi lepsi wiedzą, co jest dla nas dobre, lepiej niż my sami. A Herman jest właśnie jednym z tych naszych lepszych. Przebył długą drogę od czasu, kiedy był zdegustowany polityką w belgijskim stylu.
Herman jest jak przebiegły czarownik z “Władcy pierścieni” Tolkiena, Saruman, który przeszedł na stronę przeciwnika. Kiedyś rzeczywiście było dla niego ważne to, co i dla nas. Ale nie trwało to długo. Teraz wybudował sobie wysoką wieżę, z której sprawuje nad nami wszystkimi swoją władzę.
________________________
Paul Belien jest autorem książki “Tron w Brukseli – Wielka Brytania, Saxe-Coburgowie i belgizacja Europy”, Imprint Academic, Exeter (UK), Charlottesville, VA (US)
"Rzeczpospolita" Jacek Przybylski , Marcin Szymaniak 23-11-2009 http://www.rp.pl/artykul/395886.html?print=tak
Hakerzy wykradli i zamieścili w Internecie materiały sugerujące, że sami naukowcy nie wierzą w globalne ocieplenie. W informacjach na temat ocieplenia klimatu zapanował chaos.
Ofiarą ataku hakerów padł system komputerowy Uniwersytetu Wschodniej Anglii, którego naukowcy specjalizują się w problematyce globalnego ocieplenia. Rabusie ściągnęli z serwera uczelni 61 megabajtów danych, w tym wyniki badań i e-mailową korespondencję uczonych. Po czym opublikowali w Internecie około tysiąca e-maili oraz 3 tysiące innych poufnych dokumentów. Posłużyli się rosyjskim serwerem, by trudniej było ich wykryć.
Ujawnione materiały wywołały prawdziwą burzę. Jak twierdzi amerykański dziennik „The Wall Street Journal”, na podstawie prowadzonej przez ponad dziesięć lat korespondencji między naukowcami z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych można dojść do wniosku, że teza o odpowiedzialności człowieka za globalne ocieplenie została po prostu wymyślona.
Phil Jones, dyrektor zespołu klimatycznego uczelni, przyznaje w jednym z e-maili, że właśnie wykonał „sztuczkę Mike’a” polegającą na manipulacji danymi z ostatnich 20 lat, tak by ukryć spadek temperatury. Użycie przez Jonesa słowa „sztuczka” to zdaniem klimatycznych sceptyków dowód na zmowę naukowców, której celem było zniekształcenie danych i udowodnienie tezy o wpływie człowieka na zmiany klimatu.
– Te słowa zostały wyrwane z kontekstu po to, by coś trywialnego wyglądało na coś nikczemnego – tłumaczy swego kolegę Michael E. Mann, który kieruje Earth System Science Center na Uniwersytecie Pensylwanii.
W innym e-mailu Phil Jones wyraża zadowolenie ze śmierci australijskiego uczonego Johna L. Daly’ego, który umarł na atak serca w 2004 roku. Sceptycy są nazywani w listach durniami, szarlatanami, idiotami.
W niektórych wiadomościach autorzy przyznają, że są sfrustrowani z powodu niemożności znalezienia twardych dowodów na twierdzenie, że to działalność człowieka powoduje ocieplanie klimatu. „Prawda jest taka, że w obecnej chwili nie możemy wytłumaczyć braku ocieplania – i to jest farsa, że nie możemy” – przyznał w jednym z listów Kevin Trenberth z amerykańskiego Centre for Atmospheric Research.
Część autorów ujawnionych e-maili odmówiła udzielenia mediom komentarzy na ten temat. Inni podkreślają, że ich słowa zostały wyrwane z kontekstu.
Tłumacząc swą akcję, hakerzy napisali: „Sądzimy, że nauka o klimacie jest zbyt ważna, by ukrywać wyniki badań pod korcem. Publikujemy więc unikatowy wybór korespondencji i dokumentów. Mamy nadzieję, że umożliwi to zajrzenie za kulisy tej nauki i poznanie ludzi, którzy za nią stoją”.
Uniwersytet Wschodniej Anglii potwierdził, że z jego serwera skradziono dane, i zgłosił to policji.
– Z powodu objętości tych materiałów nie możemy obecnie potwierdzić, że całość jest autentyczna – powiedział rzecznik uczelni.
Opublikowane materiały natychmiast zostały skopiowane i udostępnione na stronach osób i organizacji sceptycznie odnoszących się do teorii globalnego ocieplenia. Ich ujawnienie może mieć kluczowe znaczenie przed rozpoczynającym się w grudniu w Kopenhadze szczytem klimatycznym, na którym przedstawiciele 192 państw będą się starali doprowadzić do podpisania traktatu o redukcji emisji gazów cieplarnianych. Niemcy i Francja chcą zapewnić sukces konferencji. Tylko wtedy UE będzie mogła zrealizować zapowiedź redukcji emisji CO2 o 30 procent do 2020 roku. W tym celu musi jednak zostać spełniony warunek – inni partnerzy zgodzą się na porównywalny wysiłek. Na razie UE uzgodniła jednostronnie, że obniży emisję o 20 procent, co i tak oznacza znaczne obciążenie dla europejskiego przemysłu. Na szczycie UE w październiku przywódcy państw i rządów potwierdzili, że najuboższe państwa potrzebują 100 mld euro rocznie na walkę ze zmianami klimatu. Nie powiedzieli jednak, ile z tej sumy gotowa jest wyłożyć UE.
Z efektu akcji hakerów cieszą się lobby przemysłowe i konserwatyści w USA. W sierpniu największa w Ameryce izba gospodarcza, reprezentująca 3 miliony przedsiębiorstw, zażądała od Agencji Ochrony Środowiska (EPA) dowodów na globalne ocieplenie. Prawnicy zapowiadali wówczas na łamach gazety „Los Angeles Times”, że są gotowi walczyć o swoje racje w sądzie. Biznesmeni obawiają się bowiem, że pod naciskiem ekologów władze USA mogą wprowadzić limity emisji zanieczyszczeń, co utrudniłoby funkcjonowanie przedsiębiorstw w czasach kryzysu.
Powiedzieli
Keith Farnish, brytyjski ekspert ds. środowiska"
Wykradzione informacje są nieistotne. Skandalu nie ma. Przechwycone dane pochodzą z jednego z tysięcy uniwersyteckich wydziałów ds. badania klimatu, a nie ze źródła rządowego. Pracownicy bezustannie wymieniają się tysiącami e-maili, w których dywagują na różne tematy. Gdyby faktycznie pojawiły się przełomowe dowody, dawno ujrzałyby światło dzienne. Złodzieje chcieli obalić teorię globalnego ocieplenia. Tym tropem poszedł też dziennikarz „Daily Telegraph” James Delingpole, desperacko szukający dowodów, że żadnych problemów z klimatem nie ma.
not. magm
Myron Ebell, competitive enterprise institute, USA:
Jest oczywiste, że niektórzy spośród „najważniejszych światowych naukowców zajmujących się klimatem”, bo zawsze są tak określani, poświęcają się bardziej promowaniu alarmistycznej politycznej agendy niż badaniom naukowym. Niektóre e-maile dobitnie pokazują małostkowość, nieetyczną zmowę i przekręcanie dowodów naukowych. Od lat przekonujemy, że wiele naukowych argumentów wspierających panikę związaną z globalnym ociepleniem jest słabych, a niektóre były wręcz oszustwami.
W 1995 roku z okazji stulecia narodzin kina Kongregacja do spraw Środków Masowego Przekazu ogłosiła listę 45 filmów fabularnych, które zdaniem komisji zawirają szczególne wartości religijne, moralne i artystyczne. Listę podzielono na trzy kategorie podkreślając, że wybór filmów ma charakter subiektywny. Filmy o szczególnych walorach religijnych
Andriej Rublow - reż. Andriej Tarkowski(1966) Misja - reż. Roland Joffe(1986) Męczeństwo Joanny d'Arc - reż. Carl Teodor Dreyer(1928) Widowisko pasyjne - reż. Ferdynand Zecca i Lucien Nonguet, Francja(1902-1905) Franciszek, kuglarz Boży - reż. Roberto Rossellini(1949) Ewangelia wg św. Mateusza - reż. Pier Paolo Pasolini(1964) Teresa - reż. Alain Cavalier (1986) Słowo - reż. Carl Teodor Dreyer(1955) Ofiarowanie - reż. Andriej Tarkowski(1986) Św. Franciszek z Asyżu - reż. Liliana Cavani(1972) Ben Hur - reż. William Wyler(1959) Uczta Babette - Gabriel Axel(1987) Nazarin - Louis Buňuel(1958) Monsieur Vincent - Maurice Cloche(1947) Oto jest głowa zdrajcy - Fred Zinnemann(1966)
Filmy o szczególnych walorach moralnych
Gandhi - Richard Attenborough(1982) Nietolerancja - David Wark Griffith(1916) Dekalog - Krzysztof Kieślowski(1987) Do widzenia chłopcy - Louis Malle(1987) Dersu Uzała - Akira Kurosawa(1975) Drzewo na saboty - Ermanno Olmi(1978) Rzym, miasto otwarte - reż. Roberto Rossellini(1945) Tam, gdzie rosną poziomki - reż. Ingmar Bergman(1958) Siódma pieczęć - reż. Ingmar Bergman(1956) Rydwany ognia - reż. Hugh Hudson(1981) Złodzieje rowerów - reż. Vittorio De Sica(1949) Życie jest cudowne - reż. Frank Capra(1947) Lista Schindlera - reż. Steven Spielberg( Na nabrzeżu - Elia Kazan(1954) Harfa Birmańska - Kon Ichikawa(1955)
Filmy o szczególnych walorach artystycznych
Odyseja kosmiczna 2001 - reż. Stanley Kubrick(1968) La Strada - reż. Federico Fellini(1954) Obywatel Kane - reż. Orson Welles(1941) Metropolis - reż. Fritz Lang(1926) Dzisiejsze czasy - reż. Charles Chaplin(1936) Napoleon - reż. Abel Gance(1927) 8 1/2 - reż. Federico Fellini(1962) Towarzysze broni - reż. Jean Renoir(1937) Nosferatu - reż. Wilhelm F Murnau(1922) Dyliżans - reż. John Ford(1939) Lampart - reż. Luchino Visconti(1963) Fantazja - reż. J. Algar(1940) Czarodziej z Oz - reż. Victor Fleming(1939) Szajka z Lawendowego Wzgórza - reż. Charles Crichton(1951) Małe kobietki - reż. George Cukor(1933)
Odcinanie się od teorii spiskowej należy niemalże do rytuału wszelkich wypowiedzi na temat masonerii i wydaje się, że pełni rolę zasłony dymnej. Odwraca uwagę od faktycznych wpływów i znaczenia lóż masońskich.
Masoneria - mit czy rzeczywistość
Arnaud de Lassus dał swej książce podtytuł: "Intrygująca tajemniczość". Trzeba bowiem przyznać, że problematyka masonerii zawiera w sobie wiele znaków zapytania. Badacz problemu trafia na niepokonane trudności dotyczące weryfikacji poszczególnych informacji na temat wolnomularstwa. Wynika to z prostego faktu, że organizacja ta z założenia ma charakter tajny.
W wielu środowiskach o masonerii mówi się z lekkim uśmieszkiem, jako o czymś, co należy do rzeczywistości domniemanej, która tak naprawdę jest fikcją. Większość intelektualistów, zabierając głos w sprawie masonerii od razu czyni zastrzeżenie, iż daleka jest od teorii spiskowej, wedle której masoneria rządzi potajemnie światem. To odcinanie się od teorii spiskowej, samo w sobie z pewnością słuszne, należy niemalże do rytuału wszelkich wypowiedzi na temat masonerii i wydaje się, że pełni rolę zasłony dymnej. Odwraca bowiem uwagę od faktycznych wpływów i znaczenia lóż masońskich. W obecnych rozważaniach chciałbym przybliżyć nieco obraz samego wolnomularstwa.
Początki masonerii
W słownikach pod hasłem masoneria czytamy, że: jest to międzynarodowe stowarzyszenie, częściowo tajne, o charakterze naturalistycznym i filantropijnym, którego członkowie rozpoznają się za pomocą odpowiednich znaków i emblematów. Zapis ten niewiele wyjaśnia. Jednak wspomniany już wybitny znawca problematyki Arnaud de Lassus w oparciu o analizę literatury masońskiej jak i pozamasońskiej twierdzi, że początek masonerii stanowi rok 1717. Wtedy nastąpiło połączenie dwóch stowarzyszeń : korporacji budowniczych (mularzy, czyli murarzy), sięgającej średniowiecza i okultystycznego stowarzyszenia różokrzyżowców.
Kim są wolni mularze? Zawdzięczamy im kościelne budowle, katedry budowane w średniowieczu aż do XVII wieku. Budowniczowie ci tworzyli pewien rodzaj bractwa. W XVII wieku utracili swoje podstawowe znaczenie zawodowe. Jednakże dla zachowania egzystencji i wpływów z czasem przekształcili swój cech (korporację) w związek towarzyski. Zaczęli do swojego grona przyjmować także nie-mularzy. Określano ich mianem "wolnych mularzy".
Różokrzyżowcy byli stowarzyszeniem alchemików, okultystów, spadkobierców dawnych templariuszy, kultywujących pierwotny gnostycyzm. Nazwa różokrzyżowcy pochodzi od przyjętego przez stowarzyszenie emblematu: róża umieszczona na krzyżu. Miało to symbolizować połączenie wiedzy i wiary. A dokładniej, zbawienie poprzez wiedzę, a nie przez wiarę. Członkowie tego stowarzyszenia zajmowali się okultyzmem i propagowaniem gnozy.
Cele jawne i ukryte
Masoneria wywodzi się zatem z połączenia dwóch stowarzyszeń: wolnych mularzy o tradycji liberalnej i okultystycznej, i jednocześnie tajemnej. Cel masonerii jest pochodną obu wspomnianych tradycji. Składa się nań propaganda liberalizmu ( jest to cel jawny) i zastąpienie katolicyzmu chrześcijaństwem gnostyckim (cel ukryty, tajemny). Owo chrześcijaństwo gnostyckie jest tutaj terminem umownym, bo w historii masonerii różnie było ono pojmowane, ale zawsze miało wspólny mianownik: chodzi o negację katolicyzmu. Kościoła katolickiego.
Samo słownictwo w odniesieniu do ideologii wolnomularstwa nie jest jednolite. Trzeba pamiętać, że zmienia się ono w zależności od autorów. Często zamiast okultyzmu mówi się o "gnozie", o "mistycyzmie" lub "iluminizmie". Z ideą liberalizmu łączy się zwykle racjonalizm, a także subiektywizm, kult człowieka jako pochodne oświeceniowej koncepcji człowieka.
Odnośnie fenomenu wolnomularstwa, warto także zwrócić uwagę na jego struktury organizacyjne. Otóż dzieli się ono na samodzielne wspólnoty występujące pod różnymi nazwami: Wielkie Loże, Wielkie Wschody, Federacje, Wyższe Rady, Siły Masońskie. Każdy wielki oddział masonerii rządzony jest przez Radę lub Komitet Wykonawczy z wielkim mistrzem na czele. Wielka Loża składa się z lóż (pisanych z małej litery) jednego kraju lub okręgu, będących podstawowymi komórkami organizacyjnymi. Poszczególne loże różnią się znacznie ilością istniejących w nich stopni wtajemniczania, obrzędami, symbolami - w zależności od przyjętego w danej loży rytu.
Wiara we wszystko i w nic
Obecne rozważania pragnę ograniczyć nade wszystko do aspektu religijnego wolnomularstwa. Od razu trzeba stwierdzić, że masoneria z zasady jest zawsze głęboko antykatolicka. Wynika to z jej ideologii. Ponieważ zdaniem wolnomularzy nie ma żadnej prawdy powszechnej, to nie ma także żadnej prawdy objawionej. W lożach można oczywiście powoływać się na różne Księgi uważane przez poszczególne religie za święte, także na Pismo Święte, ale pod warunkiem, że pojmuje się je jako osobistą predylekcję, a nie jako prawdy powszechne, dotyczące wszystkich ludzi. W tych warunkach masoneria nie może przyjąć katolickiej koncepcji objawienia, która wskazuje na niezmienne prawdy objawione.
Ideolodzy masonerii wyraźnie stwierdzają, że ich naturalistyczna, liberalna koncepcja świata jest "postawą niezależną i wrogą wobec porządku nadprzyrodzonego i objawionego. Jest antykatolicka w ideach i działaniu".
Długo można by rozwodzić się nad doktryną czy ideologią wolnomularstwa. Analizując wypowiedzi samych masonów, których nie mało można znaleźć na łamach zachodnich pism wolnomularskich, można śmiało udokumentować zdecydowaną wrogość masonerii do Kościoła katolickiego. (...)
Szkodliwość masonerii dla chrześcijaństwa obrazują zasady, którymi kieruje się ona w działaniu, przenikając swymi ideami życie społeczne. Są to zasady wolności, równości, braterstwa oraz zasada kierowania (manipulowania) poprzez ukrytych przywódców.
Przez "wolność" rozumie się wyzwolenie od jakiegokolwiek porządku transcendentnego (naturalnego albo nadnaturalnego).
"Równość" oznacza uwolnienie od wszelkiego autorytetu naturalnych hierarchii.
"Braterstwo" w sensie wolnomularskim wymaga przyłączenia się do opinii większości.
W praktyce oznacza redukcje, sprowadzenie wszystkich prawd religijnych, filozoficznych, moralnych i politycznych do przyjmowanego przez wszystkich minimum. Natomiast zasada kierowania czy manipulowania przez ukrytych przywódców zapewnia skuteczność działania. Okazuje się, że skutki realizacji tych zasad widoczne są jak na dłoni nie tylko w krajach zachodnich, gdzie loże od dawna nie kryją się ze swoją działalnością, ale także w Polsce.
Masoneria - państwo w państwie
Początek masonerii na ziemiach polskich przypada na lata 30-te XVIII wieku. Było nią "Czerwone Bractwo". (...) W XIX wieku masoneria polska była bardziej spiskiem niepodległościowym niż ideologiczną organizacją. Stanowiła wygodne pole działalności patriotycznej, niepodległościowej.
W drugiej połowie XIX wieku działalność wolnomularstwa w Polsce prawie zamarła. Odrodziła się dopiero w wieku XX, zwłaszcza w okresie Polski niepodległej. Istnieje obszerna literatura obrazująca działalność masonerii w okresie międzywojennym. Jej wpływy są niewątpliwe, a obecnie, w warunkach ponownie odzyskanej suwerenności państwowej, loże ubiegają się o rejestrację w sądach.
Kościół musi więc zachować czujność.
Nie bez znaczenia jest tu wypowiedź i przestroga Leona XIII: Masoneria stanowi rodzaj społeczeństwa na wspak, którego celem jest sprawować władzę tajemną nad społeczeństwem właściwym, a którego rację bytu stanowi jedynie walka przeciw Bogu i Kościołowi. Sekta owa zdołała przeniknąć do wszystkich warstw społeczeństwa. Tworzy ona jak gdyby niewidzialne, nieodpowiedzialne państwo w państwie legalnym. Jest pełna ducha szatana, który wedle słów Apostoła, potrafi w razie potrzeby przemieniać się w anioła światłości. Oświadcza, że nie ma żadnych celów politycznych, w rzeczywistości jednak prowadzi najbardziej czynną akcję w życiu prawodawczym i administracyjnym. W ramach walki z Kościołem realizuje konsekwentnie swój plan. Główny jej atak kierowany jest w najczulszy punkt, stanowiący o sile katolicyzmu, mianowicie moralność. Dlatego masoni pragną najpierw ograniczyć, a następnie całkowicie usunąć naukę religii ze szkół, by wychować całe pokolenia niewierzących lub obojętnych religijnie. Wykorzystując prasę codzienną, wiele wysiłku poświęcają oni na zwalczanie zasad moralnych głoszonych przez Kościół. Ponadto ośmieszają jego praktyki, aby skazić masy występkami i rozpustą - w przekonaniu, że w tych warunkach będą one całkiem w jej rękach.
Jak przeciwdziałać masonerii?
Chodzi rzecz jasna o postawę katolików.
Można w tym celu posługiwać się zarówno środkami przyrodzonymi, jak i nadprzyrodzonymi.
Środki przyrodzone
zapoznać się z odpowiednią literaturą na temat masonerii; trzeba koniecznie poznać cele masonerii i metody jej działania;
unikać demoralizacji systematycznie prowadzonej przez środki masowej informacji; krytycznie odnosić się do haseł głoszonych w imię wolności i tolerancji, np. "moje ciało należy do mnie", itp.;
nie akceptować postawy półśrodków i porozumienia za wszelką cenę;
wobec natarczywej propagandy nie tracić cierpliwości.
Środki nadprzyrodzone
modlitwa (Leon XIII w "Humanum genus" mówi o niej jako o podstawowej formie, podstawowej sile działania w walce z masonerią);
duch gorliwości apostolskiej, jako doza zapału do obrony Kościoła (a ściślej mówiąc wiernych) przed hasłami masonerii;
katolik musi pamiętać o przykazaniu miłości a równocześnie nie kryć się za wygodną obojętnością wobec tego, co czynią wrogowie Kościoła.
Niezwykle pouczająca w tym względzie jest wypowiedź Piusa X, która także dziś nie traci na swej aktualności:
W naszych czasach - zauważa papież - bardziej niż kiedykolwiek główną siłą złych jest słabość i ospałość dobrych. Istotny nerw królestwa szatana sprowadza się do braku gorliwości, do ospałości chrześcijan.
Przykładem tej gorliwości apostolskiej może być postawa św. Maksymiliana Marii Kolbego, który zwalczając masonerię, jednocześnie nie zatracił ducha ewangelicznej miłości, gdy podczas codziennej modlitwy wypowiadał słowa:
O Maryjo, bez grzechu poczęta módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy, i za wszystkimi, którzy się do Ciebie uciekają, a zwłaszcza za masonami i poleconymi Tobie.
Artykuł napisał: Paweł Paliwoda http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1703
„Spiskowa teoria dziejów” – to jedno z podstawowych pejoratywnych określeń w słowniku wykształciucha. Tymczasem niemal wszystkie procesy i zjawiska decydujące o kształcie rzeczywistości, w której żyjemy, nie są w pełni – a zwykle nie są w ogóle – transparentne. Gdyby było inaczej, nie potrzebowalibyśmy ani socjologii, ani służb specjalnych. “Jesteśmy mądrzejsi od naszych rodziców i dziadków, jesteśmy mądrzejsi o wiedzę, czym kończy się idea utopii komunistycznej i czym kończy się realizacja utopii nacjonalistycznej. Jesteśmy też mądrzejsi o wiedzę na temat skutków spiskowego objaśniania procesu historycznego” – pisał w 1992 roku na łamach „Gazety Wyborczej” Adam Michnik w tekście „Czytajcie Hitlera, czytajcie Stalina…”.
Nie wierzę w nadzór kosmitów nad naszą planetą ani w sprzysiężenia Templariuszy czy Mędrców Syjonu. Doceniam natomiast mądrość mojej znajomej, która mawia, że „mądra kobieta pokazuje mężczyźnie co najwyżej pół d…” (w wersji męskiej: „Żołnierz dziewczynie nie skłamie itd.”). Jeśli nawet w związkach intymnych ludzie nie wiedzą o sobie wszystkiego, to jak mogą wiedzieć wszystko o działaniach służb specjalnych czy dyplomacji?
Transparentność instytucji demokratycznych jest postulatem wzniosłym, ale trudnym do spełnienia. Ani politycy, ani bankierzy, ani naukowcy, ani służby specjalne nie rozgłaszają swoich tajemnic. A wszyscy oni je mają. Każdy przeciętnie inteligentny człowiek ma coś do ukrycia. W języku ludzi oświeconych słowo „spisek” zastępuje się określeniem „afera” albo „niewyjaśnione okoliczności”. I wtedy jest dobrze. Śmierć JFK, zamachy na prezydenta Reagana czy Jana Pawła II nie były ponoć skutkiem spisku. Nie powinniśmy „spiskiem” objaśniać spraw Iran-Contras, Watergate, Whitewater, upadku Banku Ambrossiano czy walutowych operacji George’a Sorosa. Podobnie w przypadku FOZZ, Art-B czy PKN Orlen. A przecież najprawdopodobniej w każde z tych zdarzeń wplątany był tłum ludzi o różnych profesjach, ale zbieżnych interesach – działających niejawnie i w porozumieniu. Duże grupy wpływu nazywane są elegancko „lobbies”. Zwłaszcza w USA ich związki ze światem polityki i biznesu drobiazgowo określa prawo. I pewnie dlatego to Amerykanie przejawiają największą powściągliwość w stosowaniu słowa „conspiracy”. Z teorią spiskową w ścisłym sensie mamy do czynienia na ogół tam, gdzie jedna formuła staje się światopoglądem i narzędziem interpretacji całej rzeczywistości, każdego jej przejawu. To nie formułowanie przypuszczeń o istnieniu „czerwonej pajęczyny” było szkodliwe, ale zastępowanie nimi w świadomości polityków i wyborców drobiazgowej analizy stanu faktycznego. Same spiski zaś – jako tajne porozumienia i układy ludzi wpływowych – istniały, istnieją i istnieć będą. Ich ujawnianie służy nie „oszołomom”, lecz państwu prawa. I to powinny wreszcie zrozumieć te „moralne autorytety”, które wszelkie prób definitywnego rozliczenia i zamknięcia historii PRL kwitują nagonkami na ich autorów – pod hasłem zwalczania „spiskowej teorii dziejów”.
Adam Michnik (loc. cit.): „Krótko mówiąc: jesteśmy mądrzejsi o Oświęcim i o Katyń. Dlatego powinniśmy czytać pisma Hitlera i pisma Stalina i >>Protokoły mędrców Syjonu<< w kompetentnym, naukowym opracowaniu. Powinniśmy wiedzieć, jakie idee i jakie słowa prowadzą do zabijania ludzi. Dlatego powtarzam: czytajcie Hitlera, czytajcie Stalina”. Piękne słowa! Pozwalają zachować i transmitować do młodych pokoleń rodaków pamięć historyczną o dramatach XX wieku. Jakie natomiast idee, słowa i czyny po 1989 roku zabijają pamięć o czasach PRL, osłabiają państwo prawa, deprecjonują lustrację i dekomunizację, uniemożliwiają rozprawę z nieformalnymi układami w gospodarce? Jesteśmy dzisiaj mądrzejsi o szafę Lesiaka, dokumenty potwierdzające związki niektórych księży, polityków czy ludzi ekranu z komunistycznymi służbami specjalnymi, o nagrania rozmów Gudzowatego z Michnikiem i Oleksym. To, co widzialne, jest często znakiem tego, co niewidzialne.Oglądajmy dlatego TVN i Polsat, czytajmy Michnika, Pacewicza i Stasińskiego. Najlepiej „w kompetentnym, naukowym opracowaniu”.
Paweł Paliwoda http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1686
„Zuchwale głowę podnosi i chełpi się swoim powodzeniem organizacja wolnomularska i zda się, że nie zna już granic w swej zarozumiałości. Wszyscy jej adepci, połączeni z sobą niegodziwym przymierzem i tajemną wspólnością zamiarów, wzajemnie się wspierają i jedni drugich ośmielają do występnej i zuchwałej działalności. Tak silna agresja równie silnego wymaga oporu; trzeba, aby wszyscy ludzie prawi zjednoczyli się w jednym olbrzymim stowarzyszeniu czynu i modlitwy” - tak pisał w wydanej w 1884 roku Encyklice „Humanum genus” ówczesny papież Leon XIII. Z tego obszernego tekstu wybrałem fragmenty. Jakże aktualne! Jakby Leon XIII żył w dzisiejszej liberalnej, postkomunistycznej demokracji. Z kart Encykliki wyziera jasna wizja współczesnej wojny cywilizacji: Kościoła rzymskiego z koalicją antychrześcijańską. “Masoneria” to dzisiaj pojęcie wyklęte. Mówienie o niej ściąga na mówiącego szyderstwa i obelgi. Ale ona istnieje. Proszę, aby Czytelnicy zapamiętywali, kto z mówienia o masonerii najgłośniej się śmieje. W 2007 roku w Polsce rewitalizowała się żydowska sekta o cechach masońskich B’nai B’rith. Ocenia się, że w międzynarodowym ruchu masońskim ma ona istotne znaczenie.
Unijny prezydent konferuje z członkami Grupy Bilderberg na temat utworzenia ponadnarodowej administracji podatkowej
Jeszcze traktat lizboński nie wszedł w życie, a dynamika tworzenia ponadnarodowego superpaństwa unijnego nabrała tempa. Istnieje już ponadnarodowa służba dyplomatyczna, rozważa się utworzenie służby celnej, a teraz konsultowany jest projekt ponadnarodowej administracji podatkowej. Belgijski premier Herman Van Rompuy, nowo wybrany “prezydent Unii Europejskiej”, spotkał się z członkami Grupy Bilderberg. Na konfidencjonalnym obiedzie zaprezentował wizję przyszłego finansowania Wspólnoty poprzez… stworzenie jednego europodatku.
Herman Van Rompuy jest jednym z niewielu europejskich zwolenników wprowadzenia “podatku europejskiego”, który trafiałby bezpośrednio do budżetu Unii Europejskiej. Jak poinformował belgijski dziennik “De Tijd”, premier Belgii w swoim przemówieniu podczas spotkania Grupy Bilderberg odniósł się do “ekopodatku”, mówiąc: “nowe środki będą niezbędne do finansowania państw z rozbudowanym systemem opieki społecznej. Instrumenty zielonego podatku są jedną z możliwości, ale ich wprowadzenie nie jest pewne. Tego typu podatek może ewentualnie wygasnąć. Jednak możliwość poboru finansowego na poziomie UE musi być poważnie zbadana, szczególnie że po raz pierwszy wielkie kraje Unii są na to otwarte”. “Premier wskazał, że niezbędne są dalsze analizy strukturalnego finansowania na poziomie europejskim” – podkreślił później rzecznik belgijskiego szefa rządu. Propozycja nałożenia opłat na działania destrukcyjnie wpływające na środowisko była już poruszana podczas wcześniejszych dyskusji w unijnych gremiach. Jednak sugestia, że propozycja nowego prezydenta Unii Europejskiej może kolidować z narodową polityką podatkową poszczególnych państw, to prawdziwa zmora antyfederalistów w takich krajach Wspólnoty, jak Wielka Brytania czy Dania. Udział Rompuya w obiedzie Grupy Bilderberg utwierdza również w przekonaniu krytyków procesu wyboru czołowych decydentów unijnych, podkreślających, że do tak ważnych ustaleń dochodzi na poufnych spotkaniach, w trakcie nieformalnych wydarzeń towarzyskich.
Janusz Kobeszko, ekspert od prawa podatkowego i funduszy strukturalnych Unii Europejskiej z Instytutu Sobieskiego, podkreśla, że pomysł jednego podatku europejskiego powraca już od pewnego czasu. – Jest to pomysł dość niebezpieczny i nie chodzi tylko o to, że trudno będzie uzyskać zgodę 27 państw członkowskich – nie tylko rządów, ale obywateli – twierdzi. Kobeszko zwraca uwagę, że ważne byłoby uzyskanie odpowiedzi, czy taki podatek miałby zwiększać już obecne krajowe ciężary fiskalne i w jaki sposób byłby ściągany. Jednym z takich pomysłów jest tzw. podatek jednego procenta. Kobeszko podkreśla też, że europodatek uprościłby sposób konstruowania unijnego budżetu. – Taki podatek może i uprościłby bazę dochodową UE, ale do tego trzeba by utworzyć odpowiednik Ministerstwa Finansów i można by się spodziewać, że wcześniej czy później te stawki podatku europejskiego byłyby wyższe – wskazuje ekspert.
Podatek byłby pretekstem do stworzenia kolejnej międzynarodowej służby. – Jest ponadnarodowa służba dyplomatyczna, rozważa się powołanie służby celnej, a w momencie pojawienia się podatku doszłoby do tego, że kolejnym pomysłem będzie stworzenie ponadnarodowej administracji – także podatkowej – uważa Janusz Kobeszko. Jego zdaniem, wraz z podpisaniem traktatu lizbońskiego dynamika rozwoju UE będzie zmierzała do utworzenia jednego państwa, gdyż w traktacie znajduje się kilka elementów przyspieszających unifikację międzynarodową. – Są zapisy mówiące o tym, że organizm, który powstaje po podpisaniu traktatu lizbońskiego, ma pewne cechy nowego ponadnarodowego państwa – podkreśla ekspert. Komentując spotkanie belgijskiego premiera z Grupą Bilderberg, Janusz Kobeszko zaznacza, że tego typu spotkania nie są niczym specjalnym, pod warunkiem że nie będą miały wpływu na decyzje podjęte w Parlamencie Europejskim, gdzie propozycje powinny być przyjmowane lub odrzucane w sposób demokratyczny. Zwraca przy tym uwagę na fakt, że po podpisaniu traktatu lizbońskiego to właśnie PE będzie najdobitniej wypowiadał się w kwestiach instytucjonalnych i podatkowych nowej UE. Zdaniem eksperta, przy okazji traktatu lizbońskiego i obsady nowych stanowisk możliwe jest powstanie “Europy dwóch prędkości”. – W ten sposób dopuszczone są mechanizmy podejmowania niektórych decyzji przez grupę państw, która nie jest grupą 27 państw. Na przykład 15 krajów może wyrazić zainteresowanie jakąś instytucją i ją wdrażać, nie pytając reszty o zdanie – mówi Kobeszko.
Politycy i biznesmeni spotykają się co roku na obradach elitarnej Grupy Bilderberg. Nazwa tej nieformalnej organizacji pochodzi od nazwy holenderskiego hotelu w Osterbeek, w którym w maju 1954 r. po raz pierwszy zebrali się członkowie tego klubu. Tym razem takie wydarzenie miało miejsce w Valley of Dutchess, dawnym klasztorze położonym na przedmieściach Brukseli. Wśród gości znaleźli się belgijscy przemysłowcy, prezes organizacji Bilderberg Etienne Davignon, były sekretarz stanu USA Henry Kissinger oraz luminarze światowego biznesu i polityki międzynarodowej. Miejsca spotkań są zwykle ściśle chronione przez miejscową policję i agencje rządowe. Charakterystyczne dla tej organizacji jest unikanie rozgłosu, dlatego zjazdy odbywają się w poufnych miejscach. Co prawda w szczytach biorą udział dziennikarze, jednak są specjalnie wyselekcjonowani i składają obietnicę dyskrecji, dlatego nie zdają szczegółowych relacji ze spotkania.
Aby zapobiec temu szaleństwu które rozpętało się w 20 tym wieku, Pan Bóg dał światu dwa światła. Pierwszym była encyklika Papieża Św. Piusa X Pascendi Dominici Gregis w (1907), a drugim była Fatima w (1917). Oba te wielkie dary od Pana Boga, rzuciły silne światło na współczesny, nowoczesny świat. Jeśli chcesz rozumieć historię współczesnego świata – studiuj Fatimę, jeśli chcesz rozumieć umysł współczesnego człowieka – studiuj Pascendi. Encyklika Pascendi dotyczy nie tylko Kościoła ale także całego świata. A to dlatego, że cały współczesny świat cierpi chorobę zanalizowaną i potępioną w tej encyklice. Św. Pius X powiedział kiedyś –„Kantyzm jest współczesną herezją” .
Termin „Kantyzm” pochodzi od niemieckiego filozofa Immanuela Kanta. Kant żył od 1724 – do około 1804, wprowadził do filozofii elementy które on sam nazwał „przewrotem kopernikańskim w filozofii”. Przed Kopernikiem wszyscy myśleli, że słońce krąży wokół ziemi. Po Koperniku zaczęli myśleć, że ziemia krąży wokół słońca. Takie nawiązanie Kanta do filozofii odnosiło się do tego, że przed nim wszyscy ludzi myśleli, że Podmiot – czyli osoba, obraca się wokół przedmiotu – czyli obiektu czyli elementu rzeczywistości. Inaczej mówiąc to człowiek, był zależny od rzeczywistości. Po Kancie, coraz więcej ludzi zaczęło uważać, że to przedmiot obraca się wokół podmiotu. Czyli, że to obiekt obraca się wokół osoby. Rzeczywistość jest zależna od człowieka.
Przed Kantem, stosunek człowieka do rzeczywistości określał zdrowy rozsądek, tzn. mój umysł poddaje się rzeczywistości. Od Kanta, i to odnosi się aż do dzisiejszych czasów – rzeczywistość podporządkowana jest mojemu umysłowi. Błąd ten nazywa się subiektywizmem. Człowiek jest teraz, ośrodkiem rzeczywistości, do którego wszystko się odnosi. Cała rzeczywistość podporządkowana jest człowiekowi.
Taka filozofia oczywiście doskonale komponuje się z ludzką pychą. Nowoczesny człowiek jest pełen pychy, ponieważ stawia się na miejsce które zajmuje Bóg. Rzeczywistość podległa jest Bogu, zatem jeśli człowiek myśli, że rzeczywistość jest podległa jemu, stawia się na miejscu Boga. I na tym polega szaleństwo nowoczesnego świata. Jest rzeczą niezbędną aby zniszczyć zdrowy rozsądek, aby można móc w ogóle pomyśleć taką rzecz.
Człowiekiem który zapoczątkował proces niszczenia zdrowego rozsądku wśród ludzi, był Immanuel Kant. Miał swoich poprzedników takich jak Kartezjusz, Locke czy Hume jak i naśladowców z których najważniejszym jest Hegel. Wielu ludzi, a zwłaszcza hierarchów w Kościele Katolickim, posiada umysł uformowany przez Kanta i Hegla. Zatem rodzi się pytanie jak Katolik może postawić człowieka na miejscu Boga?! Odpowiedź jest prosta. Ponieważ utracił zdrowy rozsądek. To czy utracił wiarę, jest sprawą pomiędzy nim a Bogiem, ale to, że utracił zdrowy rozsądek jest sprawą oczywistą. Nowoczesny człowiek jest szczególnie dumny z tego, że odrzucił zdrowy rozsądek. Ale robiąc to wypowiada wojnę Bogu bo natura pochodzi od Boga, a zdrowy rozsądek jest dla człowieka naturalny. Zatem sprzeciwiając się zdrowemu rozsądkowi człowiek sprzeciwia się Bogu.
Doskonałym obrazem tej wojny przeciw Bogu i naturze jest zamieszanie jakie istnieje dzisiaj w sferze płci. Sprowadza się ona do tego, że mężczyzna staje się coraz bardziej zniewieściały, a kobieta coraz bardziej upodabnia się do mężczyzny tracąc tym samym swoje kobiece atrybuty. Niszcząc w ten sposób i to na skalę globalną różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną. W rezultacie niszcząc zdrowy rozsądek. Dwie katastrofalne konsekwencje takich działań to zniszczenie rodziny poprzez stopniowy zanik ducha ojcostwa i macierzyństwa; oraz grzech sodomii i grzech pochodzący z wyspy Lesbos.
Wszystko to jest zawarte w encyklice Pascendi Dominici Gregis. Ponieważ w tej encyklice, Pius X „przygwoździł” Kanta. Oskarża w niej modernizm ze względu na to, że Kant stanowi jego fundament. Genus – jakby powiedział Arystoteles – przypisywany do modernizmu to herezja. Dokładne rozróżnienie tej herezji jest takie, że jej celem jest zmienienie wszystkiego w Kościele Katolickim tak, aby pasował on do nowoczesnego świata. Nowoczesny świat jest od samych fundamentów antykatolicki ponieważ te fundamenty to kantyzm, protestantyzm i liberalizm. Nowoczesny świat zbudowany jest na liberalnych zasadach i właśnie z tego powodu zaadoptowanie zasad Katolickich do współczesnego świata jest równoznaczne z ich zniszczeniem a w rezultacie Kościoła Katolickiego. I to jest powód dla którego Kościół dzisiaj znalazł się w tak wielkim kryzysie.
Cofnijmy się do czasów kiedy zamiast lodówek sprzedawano lód. Wyobraźmy sobie teraz genialnego kłamcę, który przekonuje sprzedawców lodu, że lód będzie znacznie lepszy kiedy wystawi się go na słońce. I, że ci biedni , zwiedzeni sprzedawcy lodu wyciągają swój lód na słońce. I, że po krótkim czasie są wstrząśnięci widząc, że lód znika, ale jednak wciąż, konsekwetnie wyciągają swój lód na słońce, ponieważ zostali przekonani, że tak powinni postępować. I to jest właśnie ten trik, jaki diabeł zaaplikował katolikom. Katolicy, zwłaszcza ta najwyższa hierarchia, zostali przekonani, że powinni wystawić Katolicką Prawdę na działanie antykatolickich zasad. Tak jak lód topnieje wskutek działania słońca, tak Kościół Katolicki topnieje, jeśli wypełni się go antykatolickimi zasadami. Kościół Katolicki oparł się nowoczesnemu światu, mniej więcej do czasu śmierci Papieża Piusa XII. Potem sprzedawcy lodu powiedzieli „wszyscy mówią nam, że słońce jest najlepsze dla lodu, więc wystawmy go na słońce”. Cały świat zaklaskał, sprzedawcy lodu stali się nagle bardzo popularni. Jeśli jeden z nich zmarł, wszyscy szli na jego pogrzeb. Ale lód znikał. Wszyscy dzisiaj klaszczą temu który przewodniczy rozbiórce Kościoła Katolickiego. Ale Kościół Katolicki powoli znika. Może za wyjątkiem Polski, gdzie przebiega to wolniej, ale w Holandi, Francji czy USA, spustoszenie jest porażające. Klasztory są puste, seminaria wystawiane są na sprzedaż, kościoły przerabiane są na sklepy, kapłani stają się pracownikami socjalnymi, itd. Nawet jeśli w przyszłości sprzedawcy lodu zorientują się jaki wpływ ma słońce na lód, samego lodu niewiele już zostanie.
Zatem modernizm jest herezją, zgodnie z którą wszystko co istnieje w Katolickim Kościele powinno być doprowadzone do zgody z zasadami nowoczesnego, liberalnego świata. Pius X w Pascendi nazywa modernizm SYNTEZĄ wszystkich herezji. Jeśli każda poszczególna herezja jest jak ściek, to modernizm jest głównym ściekiem zbierającym wszystkie te mniejsze scieki. Jak to możliwe? Z powodu Kanta. Modernizm jest herezją niepodobną do żadnej innej herezji. Herezja ariańska, atakowała w szczególności naszego Pana Jezusa Chrystusa. Herezja nestoriańska atakowała jedność osoby Jezusa Chrystusa. Każda herezja atakowała zazwyczaj pojedynczy aspekt Katolickiej prawdy. A kantyzm atakuje każdy aspekt. Jeśli mój umysł jest władcą rzeczywistości, to ja mogę zaprzeczyć każdej dowolnej rzeczywistości zgodnie z własnym uznaniem. Jeśli zatem jestem przekonany o tym, że filozofia Kanta jest prawdziwa, to ja mogę zaprzeczyć każdej prawdzie która jest zawarta w Katolickiej Nauce. A to dlatego, że mogę negować lub przyjmować dowolną rzeczywistość, niezależnie czy naturalną czy nadnaturalną. I tutaj sytuacja się komplikuje.
Gdy Kant schodził rano na śniadanie, czy myślicie, że negował fakt, iż filiżanka kawy jest filiżanką kawy? Mam przeczucie, że Kant nigdy nie negował tego faktu. Ponieważ jeśli zanegowałby fakt, że filiżanka kawy jest filiżanką kawy, poczułby się spragniony. Podobnie, gdy Kant zamierzał opuścić pomieszczenie, jestem pewien, że w tym szczególnym momencie, nie negował realności ściany. Jestem również przekonany, że z jakiegoś szczególnego powodu zawsze postanawiał opuścić to pomieszczenie wybierając drzwi. Oznacza to, że moje panowanie nad rzeczywistością, może być stosowane jedynie w sposób selektywny. Ja wybieram którą rzeczywistość zaneguję, i której nie zaneguję. Jestem również przekonany, że jeśli któregoś poranka, Kant wybrałby się na przejażdżkę samochodem, i ten samochód nie chciałby zapalić, to jestem pewien, że ten wielki filozof idealistyczny, uniósłby realną maskę owego realnego samochodu, aby spojrzeć realistycznie na to co w rzeczywistości jest tego przyczyną. Ale kiedy dotarłby do swojego Uniwersytetu w Królewcu, włączyłby się na powrót w tryb zgodny z jego idealizmem. Gdy pokonałby już te wszystkie realistyczne drzwi prowadzące do jego idealistycznej sali wykładowej, zacząłby nauczać tych biednych młodych mężczyzn (bo nie było wtedy na uczelniach kobiet, i to był własnie przykład zdrowego rozsądku) tego co sprzeciwiało się zdrowemu rozsądkowi.
Tak robiąc, Kant był kimś znacznie gorszym niż producent pornografii. Pornografia atakuje niższe warstwy naszego człowieczeństwa. Kant atakuje te najbardziej podstawowe zasady, na których oparte jest działanie ludzkiego umysłu, atakując jednocześnie te najwyższe warstwy człowieczeństwa. Jeśli sięgniemy do Św. Tomasza do Sumy Teologicznej kwestia 154 to znajdziemy tam bardzo ciekawy fragment mówiący o grzechu sodomii i grzechu wyspy Lesbos. Św. Tomasz ciągle rysuje paralele pomiędzy spekulacją a działaniem. Aby zilustrować ciężar grzechu popełnianego wbrew naturze, czyli grzechu sodomi i i Lesbos, Św. Tomasz mówi, że owe grzechy w działaniu wynikają z zaburzenia podstawowych zasad na których oparta jest spekulacja. Jeśli dziś, uniwersytety na całym świecie, na swoich wydziałach filozofii, są pełne nauk Kanta i jego naśladowców, to normalne wydaje się, że owe grzechy homoseksualizmu są tak szeroko rozprzestrzenione. Zatem nauczyciele tych fałszywych nauk na uniwersytetach, obiektywnie są wielkimi przestępcami. Subiektywnie być może wierzą w ten nonsens, subiektywnie mogą myśleć , że nauczają prawdy, ale obiektywnie rujnują życie tym młodym ludziom. Nauczają, że lód (czyli zdrowe zasady rozumowania) powinien być wystawiony na działanie słońca (czyli relatywizmu).
Wiele młodych osób (w tym ja) ucieka z wydziałów filozoficznych. I mają rację. Jeden z kapłanów Bractwa powiedział, że spotkał się z młodym człowiekiem (i ten przykład mogę poniekąd odnieść do siebie), który zaczął studiować inżynierię ponieważ jak powiedział “przynajmniej tam ma kontakt z obiektywną rzeczywistością”. Nie był on szczególnie zainteresowany inżynierią. Jak przyznał wolałby studiować filozofię, ale jak powiedział “zrozumiał, że studiując filozofię, musiałby uczyć się nonsensów”. Studiując inżynierię, uczy się tego, co obiektywnie jest rzeczywiste. Nikt nie może być kantystą, kiedy projektuje samolot, bo jeśli zastosuję przy projektowaniu swoje własne subiektywne zasady, samolot zwyczajnie nie wzbiłby sie w niebo. Tylko wtedy samolot poleci jedynie kiedy podporządkuje się obiektywnym prawom aerodynamiki.
Spójrzmy na encyklikę Pascendi Dominici Gregis. Podzielona jest na pięć części. Jest wstęp, konkluzja a pomiędzy nimi trzy duże części. We wstępie Pius X określa ciężar problemu jakim jest modernizm. Mówi nam, że moderniści są wewnątrz Kościoła. Mówi nam również, że ich zachowanie niczym szczególnym się nie wyróżnia. „Na zewnątrz” są bardzo poprawni, ale wewnątrz są bardzo pyszni. Do tego stopnia, że odrzucają to, co mówi im autorytet Kościoła Katolickiego. Wewnątrz chcą oni całkowicie zmienić Kościół tak bardzo, że odczuwają nawet coś co można nazwać „krucjatą wewnątrz Kościoła”, ale aby to osiągnąć będą tkwić w ukryciu, chowając swoje przekonania, tak aby nie zostać ekskomunikowani. Tutaj tkwi cała perfidia modernizmu. Zostali w Kościele aby ten Kościół zmienić. Ponieważ zostali przekonani, że Kościół należy zmodernizować.
Trzy główne części zawierają naukę zwartą w modernizmie, przyczyny modernizmu, i jakie są środki zaradcze. Trzy główne przyczyny pojawienia się modernizmu to :
Ignorancja – ponieważ moderniści już nie znają zbyt dobrze doktryny Kościoła Katolickiego
Ciekawość – Ponieważ szukają oni wciąż czegoś nowego.
Pycha – Ponieważ jeśli zmieniają Kościół Boży, stawiają się ponad Bogiem. Chcą być więksi niż Bóg.
Św. Paweł nieustannie mówił, że Wiara jest to posłuszeństwo naszego umysłu Bożemu Objawieniu. Poddanie go Objawieniu. Święty Pius X mówił, że każdy seminarzysta który okazuje pychę wobec tego objawienia powinien być natychmiast usuwany z seminarium. Kiedy zaś mówi o środkach zaradczych, przedstawia przede wszystkim jako skuteczne antidotum studiowanie nauki Św. Tomasza z Akwinu. A to dlatego, że Św. Tomasz z Akwinu jest najlepszym antidotum na Immanuela Kanta. Św. Tomasz jest wielkim realistą. Ogólnie mówiąc powie on, że „ściana jest ścianą niezależnie od tego co ja na ten temat myślę”. I to jest Zdrowy Rozsądek. Immanuel Kant to lunatyk, który próbuje przez tą ścianę przejść. I tutaj tkwi cała przerażająca prawda nauki Kanta i samego modernizmu.
Na Soborze Watykańskim II zebrało się 2000 biskupów. Właściwie to wszyscy studiowali Św. Tomasza z Akwinu w seminarium. Zarówno przed jak i po SWII głównymi ruchami nauczającymi w Kościele Katolickim byli Dominikanie i Jezuici. Byli oni także głównymi ruchami, które miały wpływ na zmiany w Kościele Katolicki. Inaczej mówiąc, umysł może być wypełniony najprzeróżniejszymi naukami, nawet tymi słusznymi jak tymi pochodzącymi od Św. Tomasza z Akwinu, ale Kant jest zdolny do tego, aby znaleźć się pod tymi wszystkimi naukami i pomiędzy nimi. Zatem nawet jeśli wciąż uważam, że jestem tomistą, ponieważ wierzę w filozofię św. Tomasz z Akwinu, w tym samym czasie mogę wyznawać filozofię mu przeciwną. Jako to możliwe?
Zdrowy rozsądek mówi nam, że 2+2=4, 3+3=6 itd. I teraz wyobraźmy sobie matematyka który twierdzi, że 2+2=5 . Nie mogę powiedzieć nic innego niż :„mylisz się. 2+2=4”.
Matematyk –„zgodzę się z Tobą. Ale może być także 5”. W takim wypadku mówię mu „ale przecież 2+2=4 wyklucza 2+2=5!”. Bycie tomistą wyklucza jakiekolwiek zmiany w Kościele Katolickim i jego Doktrynie. Matematyk na to „nie, nie. Ja jestem tomistą, ale jestem także zwolennikiem Teilharda”. Ja na to ”Przecież to niemożliwe”. Matematyk odpowiada „o już nie. Żyjemy teraz w nowym świecie. To co było do tej pory niemożliwe, stało się możliwe. To postęp. Wstąp do mojego Wspaniałego Nowego Świata. Otwórz swój ciasny umysł. Bądź KREATYWNY! Bądź Progresywny! Stań się kimś NOWYM!. Nie bądź takim wstecznym wapniakiem! Znajdujesz się w niewoli swojego ciasnego umysłu! Nie zachowuj się jak dinozaur. 2+2=4, zawsze 4, tylko 4 i jedynie 4 to umysłowe więzienie! WOLNOŚĆ! NIEZALEŻNOŚĆ! Uwolnijmy się od 2+2=4! Ja nie zaprzeczam, że 2+2=4. Oczywiście, że tak mogło być kiedyś. Ale nie ograniczajmy się do tego! Wierzę w jednego Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi…. – to więzienie! Oczywiście, że w to wierzę. I ty też powinieneś w to wierzyć zwłaszcza jeśli „tak odczuwasz”. Szczególnie jeśli Twoja babcia będzie z tego powodu szczęśliwa. Ale teraz daj spokój, obudź się, żyjemy w NOWOCZESNYM ŚWIECIE! Już dłużej nie musimy być TYLKO Katolikami, ani bronić Katolicyzmu. Musimy być EKUMENICZNI. Jezus Chrystus JEST Bogiem ale zrozum, że dla wielu ludzi NIE JEST Bogiem. I zaakceptuj to. Pomimo tego możemy przecież spotkać się razem, żyć razem. No, po prostu KOCHAĆ SIĘ! ” Ja: „Ale chwila. Czyż na początku tworzenia się Kościoła Katolickiego katoliccy męczennicy nie UMIERALI za swoją i naszą Wiarę?! Czy nie twierdzili, że Kościół Katolicki jest JEDYNY i PRAWDZIWY?” Matematyk na to „ Tak, ale to zamierzchła historia”.
Obecny Papież, kiedy był jeszcze kardynałem Ratzingerem, nazywał antyliberalne dokumenty KK wieku 19 i początku 20 – „substancjalnymi kotwicami” Kościoła Katolickiego. Innymi słowy, tak jak statek musi mieć dobrą kotwicę kiedy przybija do portu aby się rozładować, ale potem jednak musi on ruszyć w dalszą drogę, kardynał Ratzinger mówi, że to dobrze, że Kościół doszedł do punktu zwanego encyklika Pascendi Dominici Gregis, i że Pius X zarzucił bardzo dobrą „substancjalną kotwicę”, ale w połowie lat 50tych Statek Kościoła musiał wreszcie ruszyć dalej. To jest modernizm.
(oparto na wykładach Jego Ekscelencji biskupa Richarda Williamsona)
Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych oddalił apelację chrześcijańskiej uczennicy, zaskarżającej decyzję niższej instancji zabraniającej wypowiedzenia imienia Jezus podczas uroczystości zakończenia roku szkolnego,
Brittany McComb, absolwentka szkoły średniej Foothill High School
w Las Vegas, pięknym zwyczajem przysługującym najlepszemu uczniowi
szkoły, zaproszona została do wygłoszenia przemówienia na zakończenie
roku szkolnego 2005/2006. Brittany przekonała się niestety, że
chrześcijanie w Stanach Zjednoczonych nie mają prawa do swoich
poglądów. Już w trakcie przygotowywania przemówienia, kierownictwo
szkoły wykreśliło z przedstawionego rękopisu cytat z Biblii i skreśliło
imię “Chrystus”. Ostrzeżono ją, lecz Brittany nie dawała za wygraną i
powiedziała, że niekoniecznie będzie trzymała się zatwierdzonej wersji.
Wobec tego Wydział Edukacji powiatu Clark oraz prawnicy z American Civil Liberties Union
– wpływowej żydowsko-marksistowskiej organizacji terroryzującej
społeczeństwo amerykańskie – wpłynęli na odcięcie Brittany mikrofonów.
Podczas zakończenia roku szkolnego Brittany nie mogła przemówić do
swoich kolegów i koleżanek gdyż nieocenzurowana wersja przemówienia
składająca się z 750 słów, zawierała dwa odniesienia do “Pana”,
dziewięć do “Boga” i jedno do “Chrystusa”.
“Przeszłam cztery lata edukacji w Foothill gdzie uczono
mnie logiki. Wpajano we mnie również prawo do wolności wypowiedzi.” –
mówi Brittany McComb. Teraz Brittany dostała swoistą lekcję “wolności”.
“Wolność wypowiedzi” przestała bowiem być wolnością mówienia o Bogu, o
Chrystusie w kraju zamieszkałym w zdecydowanej większości przez
chrześcijan [1]. A dla Brittany “Bóg jest najważniejszą
częścią mojego życia i – tak jak inni najlepsi uczniowie dziękują swoim
rodzicom – ja chciałam również podziękować Panu naszemu Zbawicielowi.”
– dodała najlepsza uczennica.
Z pomocą chrześcijańskich organizacji prawniczych, Brittany wniosła
sprawę do sądu federalnego, który wydał wyrok na jej niekorzyść.
Odwołała się więc do Sądu Najwyższego, który odrzucając apelację
utrzymał wyrok niższej instancji w mocy.
[1] w 1990 86% Amerykanów deklarowało się jako chrześcijanie, w 2001 roku – 77%.
Brittany McComb, szykanowana absolwentka szkoły średniej
Przysięga antymodernistyczna to dokument wydany przez papieża Piusa X 1 września 1910. Miała być ona obowiązkowo wygłaszana przez wszystkich księży i biskupów przed uzyskaniem święceń oraz przez nauczycieli religii i profesorów w seminariach duchownych. Jej wygłaszanie zostało zniesione w 1967.
Przysięga antymodernistyczna
Ja... przyjmuję niezachwianie, tak w ogólności, jak w każdym szczególe, to wszystko, co określił, orzekł i oświadczył nieomylny Urząd Nauczycielski Kościoła.
Najpierw wyznaję, że Boga, początek i koniec wszechrzeczy, można poznać w sposób pewny, a zatem i dowieść Jego istnienia, naturalnym światłem rozumu w oparciu o świat stworzony, to jest z widzialnych dzieł stworzenia, jako przyczynę przez skutki.
Po drugie: zewnętrzne dowody Objawienia, to jest fakty Boże, przede wszystkim zaś cuda i proroctwa, przyjmuję i uznaję za całkiem pewne oznaki Boskiego pochodzenia religii chrześcijańskiej i uważam je za najzupełniej odpowiednie dla umysłowości wszystkich czasów i ludzi, nie wyłączając ludzi współczesnych.
Po trzecie: mocno też wierzę że Kościół, stróż i nauczyciel słowa objawionego, został wprost i bezpośrednio założony przez samego prawdziwego i historycznego Chrystusa, kiedy pośród nas przebywał, i że tenże Kościół zbudowany jest na Piotrze, głowie hierarchii apostolskiej, i na jego następcach po wszystkie czasy.
Po czwarte: szczerze przyjmuję naukę wiary przekazaną nam od Apostołów przez prawowiernych Ojców, w tym samym zawsze rozumieniu i pojęciu. Przeto całkowicie odrzucam jako herezję zmyśloną teorię ewolucji dogmatów, które z jednego znaczenia przechodziłyby w drugie, różne od tego, jakiego Kościół trzymał się poprzednio. Potępiam również wszelki błąd, który w miejsce Boskiego depozytu wiary, jaki Chrystus powierzył swej Oblubienicy do wiernego przechowywania, podstawia... twory świadomości ludzkiej, które zrodzone z biegiem czasu przez wysiłek ludzi nadal w nieokreślonym postępie mają się doskonalić.
Po piąte: z wszelką pewnością utrzymuję i szczerze wyznaję, że wiara nie jest ślepym uczuciem religijnym, wyłaniającym się z głębin podświadomości pod wpływem serca i pod działaniem dobrze usposobionej woli, lecz prawdziwym rozumowym uznaniem prawdy przyjętej z zewnątrz ze słuchania, mocą którego wszystko to, co powiedział, zaświadczył i objawił Bóg osobowy, Stwórca i Pan nasz, uznajemy za prawdę dla powagi Boga najbardziej prawdomównego.
Poddaję się też z należytym uszanowaniem i całym sercem wyrokom potępienia, orzeczeniom i wszystkim przepisom zawartym w encyklice Pascendi i dekrecie Lamentabili, zwłaszcza co się tyczy tzw. historii dogmatów.
Również odrzucam błąd tych, którzy twierdzą, że wiara podana przez Kościół katolicki może się sprzeciwiać historii i że katolickich dogmatów, tak jak je obecnie rozumiemy, nie można pogodzić z dokładniejszą znajomością początków religii chrześcijańskiej.
Potępiam również i odrzucam zdanie tych, którzy mówią, że wykształcony chrześcijanin występuje w podwójnej roli: jednej człowieka wierzącego, a drugiej historyka, jak gdyby wolno było historykowi trzymać się tego, co się sprzeciwia przekonaniom wierzącego, albo stawiać przesłanki, z których wynikałoby, że dogmaty są albo błędne, albo wątpliwe byleby tylko wprost im się nie przeczyło.
Potępiam również ten sposób rozumienia i wykładu Pisma św., który pomijając Tradycję Kościoła, analogię wiary i normy podane przez Stolicę Apostolską, przyjmuje wymysły racjonalistów w sposób zarówno niedozwolony, jak i lekkomyślny, a krytykę tekstu uznaje za jedyną i najwyższą regułę.
Odrzucam również zdanie tych, którzy twierdzą, że ten, co wykłada historię teologii lub o tym przedmiocie pisze, powinien najpierw odłożyć na bok wszelkie uprzednie opinie, tak co do nadprzyrodzonego początku katolickiej Tradycji jak co do obiecanej przez Boga pomocy w dziele wiecznego przechowywania wszelkiej objawionej prawdy; nadto że pisma poszczególnych Ojców należy wykładać według samych tylko zasad naukowych z pominięciem wszelkiej powagi nadprzyrodzonej i z taką swobodą sądu, z jaką zwykło się badać jakiekolwiek dokumenty świeckie.
W końcu wreszcie ogólnie oświadczam, że jestem najzupełniej przeciwny błędowi modernistów twierdzących, że w świętej Tradycji nie ma nic Bożego, albo co daleko gorsze pojmujących pierwiastek Boży w znaczeniu panteistycznym, tak iż nic nie pozostaje z Tradycji katolickiej poza tym suchym i prostym faktem, podległym na równi z innymi dociekaniom historycznym, że byli ludzie, którzy szkołę założoną przez Chrystusa i Jego Apostołów rozwijali w następnych wiekach swą gorliwą działalnością, zręcznością i zdolnościami.
Przeto usilnie się trzymam i do ostatniego tchu trzymać się będę wiary Ojców w niezawodny charyzmat prawdy, który jest, był i zawsze pozostanie w "sukcesji biskupstwa od Apostołów" [Św. Ireneusz, Adv. haer. IV, 26 PG 7, 1053 C]; a to nie w tym celu, by trzymać się tego, co może się wydawać lepsze i bardziej odpowiednie dla stopy kultury danego wieku, lecz aby nigdy inaczej nie rozumieć absolutnej i niezmiennej prawdy głoszonej od początku przez Apostołów.
Ślubuję, iż to wszystko wiernie, nieskażenie i szczerze zachowam i nienaruszenie tego przestrzegać będę i że nigdy od tego nie odstąpię, czy to w nauczaniu. czy w jakikolwiek inny sposób mową lub pismem. Tak ślubuję, tak przysięgam, tak niech mi dopomoże Bóg i ta święta Boża Ewangelia.
http://nczas.com/wazne/unijne-dotacje-zabijaja-w-polakach-resztki-przedsiebiorczosci/ 9 Listopada 2009 "Najwyższy Czas" Tomasz Teluk
Wśród ekonomistów słychać coraz mniej zachwytów nad unijnymi dotacjami. Wielu z nich, nawet mainstreamowych, zaczęło publicznie powątpiewać w ich ekonomiczny sens. Na dodatek w ostatnim tygodniu byliśmy świadkami prawdziwej bitwy o dotacje na rozwój e-biznesu, czyli innowacyjnej gospodarki. Okazało się, że o przyznaniu środków na rozkręcenie interesu nie decyduje pomysł, lecz kolejność zgłoszeń (sic!).
Zapobiegliwi kolejkowicze stworzyli listy społeczne. Naturalnie pojawiły się listy konkurencyjne i zaistniała groźba bijatyki. Mało brakowało, aby Polacy zaczęli lać się po pyskach o unijne dotacje. To ci innowacja! Naturalnie nasuwa się kilka refl eksji. Po pierwsze – natury moralnej. Dotacje są niemoralne przede wszystkim dlatego, że pochodzą z oszczędności skonfi -skowanych uczciwym obywatelom. Aby rozdać miliony euro, komuś je trzeba było zabrać. Dlatego najbardziej bulwersują wypowiedzi, że „głupotą jest dotacji nie brać”, bo weźmie je ktoś inny. Analogicznie można rzec, że lepiej okraść bank, bo zrobi to ktoś inny.
Nawet niektóre instytuty spraw publicznych określające się jako wolnorynkowe biorą kasę od państwa. Tutaj przypomina się historia opowiedziana przez jednego z szefów zachodnich think-tanków, będąca ostrzeżeniem, aby nie sięgać po państwowe (kradzione). Jedna z agend rządowych zamówiła raport, ale nie chciała zapłacić, argumentując – nota bene logicznie – że gdy nie zapłaci, podatnicy oszczędzą mnóstwo pieniędzy. Jeszcze więcej pieniędzy podatnicy oszczędziliby, gdyby nie było chętnych po dotacje.
Niestety chętni są – i to w nadmiarze. Rozdawanie dotacji (jak widać, na zasadzie: kto pierwszy, ten lepszy) jest ordynarnym korumpowaniem obywateli. Unijni politycy kupują sobie przychylność wyborców. Ci, którzy dostali po kilka milionów za wypełnienie jakiś ankiet i wniosków, coraz cieplej będą wypowiadać się o Unii Europejskiej. Chętniej będą też angażować się w to, aby tych dotacji było coraz więcej. Stracą na tym uczciwi obywatele, którzy dotacji nie biorą. Rozdawanie dotacji demoralizuje. Większość projektów tworzonych jest nie dlatego, że istnieje na nie zapotrzebowanie rynkowe, lecz konstruowanych jest pod konkretne dotacje. Innymi słowy, zgodnie z ekonomią podaży, jak jest podaż, to i popyt się znajdzie. Jeśli pojawiły się dotacje na e-biznes, to trzeba wymyślić jakiś projekt e-biznesowy, aby „wyciągnąć od Unii kasę”. Pewnie każdy już słyszał ten slogan gdzieś w kręgu swoich znajomych.
Demoralizacja wynikająca z systemu dotacji skłania obywateli do popełniania zwykłego oszustwa. Włosy stają dęba, gdy słyszy się o kwotach idących w setki tysięcy czy nawet miliony euro, przyznawanych na kolejne projekty. Nie jest tajemnicą, że beneficjanci ostro zawyżają koszty przedsięwzięcia, aby zmaksymalizować dotację. Przecież to zwykłe oszustwo. Najlepiej widać to właśnie w wypadku projektów e-biznesowych. Głupią stronę internetową potrafi zrobić nawet dziecko, natomiast biznesplany takich przedsięwzięć opiewają często na astronomiczne kwoty. Mechanizm jest prosty – wystawia się fikcyjne faktury, lipne umowy o dzieło itd., żeby „papiery się zgadzały”. W ten sposób marnotrawione są środki podatników – ku uciesze urzędasów i biorących kasę.
Unijne dotacje stały się źródłem łatwego zarobku dla byle cwaniaków. Komitety kolejkowe doskonale o tym przypominają, nasuwając skojarzenia z pierwszymi latami funkcjonowania rynku kapitałowego, gdy wszyscy rzucali się na kupno akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw, gdyż był to zysk pewny i łatwy, a wymagający wyłącznie wytrwałości w staniu w kolejce. Podobnie dzieje się z dotacjami, które są podstawowym źródłem dochodów dla coraz większej rzeszy firm i organizacji. Projekty, na które przyznawane są dotacje, powstają na zasadach będących całkowitym zaprzeczeniem rachunku ekonomicznego. Większość z nich nigdy by nie powstała, ale nie dlatego, że ich twórcom brakuje kapitału początkowego – jak często tłumaczy się status quo całego sytemu. Nie powstałyby, bo są nikomu niepotrzebne, mierne i wtórne. Żyjemy w czasach, w których zdobycie kapitału początkowego nie jest problemem, zwłaszcza w tak bogatym kraju jak Polska. Młodzi ludzie już pewnie zapomnieli, skąd go wziąć, więc przypomnę. Można oszczędzać (o zgrozo!). Można zaprosić do interesu wspólnika z pieniędzmi. Można pożyczyć w banku. Wówczas warunkiem powodzenia jest naprawdę dobry biznesplan. Biznesplan zakładający rentowność przedsięwzięcia i zyski. A to oznacza, że produkt czy usługa są potrzebne, a całość ma szansę na sukces. Do cholery, Dolina Krzemowa nie powstała za pieniądze amerykańskich podatników!
System dotacji wywraca przedsiębiorczość do góry nogami. Przedsięwzięcie nie musi być potrzebne, bo dotacje i tak się dostanie. Projekt nie musi być rentowny, bo przyznana kwota, wielokrotnie przewyższająca rzeczywiste potrzeby (oszustwo), pozwala na komfortową wegetację. Wystarczy wytrwać kilka lat, interes zamknąć i wszystko gra. Ciekawe, czy unijni urzędnicy prowadzą statystyki, ile dotowanych projektów przetrwało dłużej niż pięć lat. Być może okazałoby, że system zamiast przedsiębiorstw kreuje nowych bezrobotnych.
Wreszcie kwestia innowacyjności naszej gospodarki. Polska we wszystkich możliwych rankingach badających kreatywność naszych przedsiębiorców okupuje doły i niziny. Czy owa polityka wzmocni naszą innowacyjność, czy ją zniszczy doszczętnie? Zapoznając się z projektami, które są zgłaszane po dotacje, należy sądzić, że raczej to drugie. Większość projektów to dublowanie przedsięwzięć, które już są na rynku, ewentualnie kalki rozwiązań z Zachodu (to szczyt kreatywności naszych pseudoinnowatorów). Generalnie można więc się bez nich obejść. Powstaje zatem pytanie: czy system dotacji nie został stworzony po to, aby celowo utrzymać Polskę w obecnym stadium – stadium technologicznego skansenu.
3 listopada br. czeski Republiki Czeskiej Wacław Klaus podpisał traktat lizboński. Republika Czeska była ostatnim państwem członkowskim, które traktatu lizbońskiego nie ratyfikowało, a więc podpis Wacława Klausa zamyka proces ratyfikacji. W następstwie tego traktat lizboński wejdzie w życie z dniem 1 grudnia. Oznacza to, że tego dnia na politycznej mapie świata pojawi się nowe państwo: Unia Europejska.
Pojawienie się tego państwa oznacza, że dotychczasowa formuła współpracy europejskiej zmienia się w sposób zasadniczy. Dotychczas bowiem współpraca europejska odbywała się według formuły konfederacji, czyli związku państw. Proklamowanie 1 grudnia br. Unii Europejskiej oznacza zmianę formuły konfederacji, czyli związku państw na formułę federacji, czyli państwa związkowego. W tej sytuacji wypada postawić pytanie o status prawno-międzynarodowy dotychczasowych państw członkowskich – czy zachowują one niepodległość – jakby nigdy nic, czy też niepodległość tę tracą. Rzecz w tym, ze państwa członkowskie, m.in. Polska, będą od 1 grudnia br. częściami składowymi Unii Europejskiej. Czy część składowa jakiegokolwiek państwa może być niepodległa? Doświadczenie historyczne poucza nas, że nie – że nigdy żadna część składowa jakiegokolwiek państwa nie była niepodległa. Przeciwnie – podlegała władzom tego państwa właśnie jako jego część składowa. Nie ulega zatem wątpliwości, że 1 grudnia br. Polska utraci niepodległość.
Inną sprawą jest wpływ, jaki władze jakiejś prowincji mają na władzę centralną państwa, w skład którego wchodzą. To może zależeć i od statusu prawnego konkretnej prowincji – czy np. ma autonomię, czy jej nie ma – a także od faktycznego wpływu prowincji na polityczne centrum państwa. Zdarzało się wielokrotnie, że niektóre prowincje zyskiwały w swoich państwach decydujące znaczenie de facto – nawet jeśli nie de iure. Jest wysoce prawdopodobne, że w Unii Europejskiej takie znaczenie może zyskać prowincja niemiecka – że Niemcy mogą zostać politycznym kierownikiem Unii Europejskiej – ze wszystkimi tego konsekwencjami również dla Polski. Warto bowiem podkreślić, że na podstawie ustaleń traktatu lizbońskiego, Polska, podobnie jak inne państwa, może zostać przegłosowana, to znaczy – zmuszona do przyjęcia regulacji, które uważa za sprzeczne z własnym interesem. Jak wiadomo, Niemcy zabezpieczyły się przed taką ewentualnością wprowadzeniem zasady, że wejście w życie na obszarze Republiki Federalnej Niemiec jakichkolwiek regulacji wspólnotowych, tzn. unijnych, wymaga każdorazowej zgody obydwu izb niemieckiego parlamentu, tj. Bundesratu i Bundestagu. Może zatem się zdarzyć, że rozwiązanie przeforsowane przez Niemcy na terenie unijnym będzie musiało być wprowadzone w życie w innych państwach członkowskich – a w Niemczech nie.
W oczekiwaniu na wejście w życie traktatu lizbońskiego i wynikające z tego proklamowanie Unii Europejskiej, będziemy 11 listopada obchodzili rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918. W uroczystościach, jakie z tej okazji się odbędą, wezmą udział przedstawiciele konstytucyjnych władz naszego państwa, z panem prezydentem na czele i na pewno będą z tej okazji wygłaszać przemówienia podkreślające ogromną rolę niepodległości w życiu narodów i państw, a w życiu narodu i państwa polskiego – w szczególności. Obawiam się jednak, że żaden z tych mówców nie powie prawdy o konsekwencjach, jakie dla niepodległości Polski i dla jej politycznej suwerenności wynikają z wejścia w życie traktatu lizbońskiego. Obawiam się, że zostaniemy uraczeni potężną dawką fałszu i krętactw – podobnie jak podczas pamiętnych akademii ku czci rocznicy bolszewickiej rewolucji październikowej, jakie odbywały się u nas, kiedy Polska stanowiła część składową imperium sowieckiego.
Świat żydowski trzyma tę tajemnicę nie wiedząc co z nią
uczynić, jak ją zinterpretować, jak ją przełknąć. Jest tak wybuchowa, a
jednocześnie tak prawdziwie porażająca, że ortodoksyjni Żydzi nie chcą
w nią uwierzyć.
Sprawa dotyczy notatki
sporządzonej przez zmarłego w styczniu 2006 roku w wieku 108 lat rabina
Yitzak Kaduri, jednego z najbardziej poważanych rabinów w historii.
Rabin Kaduri, specjalista Talmudu i kabały, na kilka miesięcy przed
swoją śmiercią spisał na małej karteczce swoje ostatnie słowa.
Zaklejona w kopercie notatka miała być według życzenia rabina otwarta
dopiero teraz. Gdy ją w końcu odczytano, wybuchła burza.
Na
kartce rabin Yitzhak Kaduri zapisał imię Mesjasza, na którego z
utęsknieniem czekają Żydzi od tysięcy lat. Ku konsternacji
ortodoksyjnych Żydów, jak również niedowierzaniu wszystkich Żydów na
świecie, rabin Kaduri zapisał, że Mesjaszem, który przyjdzie jest
Yehoshua, zwany także Yeshua, nam wszystkim znany jako Jezus.
„Podniesie On ludzi i udowodni, że Jego słowa i prawo są ważne” –
zapisał rabin Kaduri. Zdanie powyższe zapisane po hebrajsku brzmi:
Yarim Ha’Am Veyokhiakh Shedvaro Vetorato Omdim, z którego ortodoksyjni
Żydzi interpretując je w świetle stosowanych przez siebie
kabalistycznych schematów, wyczytują właśnie imię Yehoshua, syna
Yohozadaka.
Świat żydowski zaniemówił
Na
108-letniego rabina Kaduri posypały się oskarżenia o niemoc fizyczną i
psychiczną w czasie spisywania notatki. Ultra-ortodoksyjni Żydzi z
Yeshivy Nahalat Yitzak z Jerozolimy, którzy jeszcze nie tak dawno
fanatycznie na ulicach Jerozolimy, z 300-tysięcznym tłumem żegnali
swego mistrza, twierdzą dziś, że ich mistrz nie zostawił
wystarczającego klucza do interpretacji swoich słów wskazujących na
tego Mesjasza.
Na uwagę zasługuje jednak niemal zupełna cisza w
mediach izraelskich: wiadomość o tym rewelacyjnym odkryciu umieścił
tylko Israel Today i hebrajskojęzyczne strony internetowe News First
Class (Nfc) i kaduri.net, wskazując na autentyczność notatki. Pismo
hebrajskie Ma’ariv, choć umieściło informację na pierwszej stronie,
uważa że chodzi o podrobiony dokument. Podobnie twierdzi syn rabina
Yitzhaka Kaduri, 80-letni rabin David Kaduri, który mówi, że we
wrześniu 2005 roku podczas spisywania notatki, zdrowie fizyczne ojca
nie pozwalało na sporządzenie jej własnoręcznie.
Oprócz
tajemniczej notatki, ortodoksyjych Żydów “niepokoją” i inne epizody z
ostatnich lat życia swego mistrza. Na kilka miesięcy przed swoją
śmiercią rabin Kaduri zaskoczył swoich uczniów publicznym oświadczeniem
w święto Yom Kippur, mówiąc iż „spotkał się z Mesjaszem”. Według rabina
Kaduri, jak również według przewidywań innych znanych rabinów, jak Haim
Cohen, Nir Ben Artzi czy jego żony Haim Kneiveskzy, Mesjasz ma przyjść
do ludu Izraela „po śmierci Ariela Sharona” [B. premier znajduje się
cały czas w stanie śpiączki.]. Wnuk rabina Kaduri, rabin Yosef Kaduri
twierdzi, że jego dziadek wielokrotnie przed śmiercią mówił o przyjściu
Mesjasza i Zbawieniu, które przyniesie.
Opis Mesjasza – podany
na oficjalnej stronie internetowej kaduri.net – zbliżony jest do opisu
przyjścia Pana Naszego Jezusa Chrystusa, danego w Nowym Testamencie.
„Czy uwierzymy w Mesjasza od razu?” – pyta się rabin Yitzhak Kaduri.
„Nie, na początku niektórzy z nas uwierzą w Niego, inni jednak nie.
Łatwiej będzie uwierzyć w Niego i podążyć za Nim ludziom nie-religijnym
niż ortodoksyjnym. […] Trudno będzie uwierzyć i zrozumieć Mesjasza
nawet wielu dobrym ludziom. Przywództwo Mesjasza, który przychodzi w
ciele i krwi, jest trudne do zaakceptowania dla wielu. Jako przywódca,
Mesjasz nie będzie piastował żadnych stanowisk, ale będzie pomiędzy
ludźmi, jak również będzie korzystał z mediów do komunikowania się.
Jego panowanie będzie czyste i pozbawione osobistych i politycznych
celów. Podczas swego Królestwa, panowały będą tylko Sprawiedliwość i
Prawda.” Rabin Kaduri stwierdza dalej, że “Objawienie Mesjasza
przyjdzie w dwóch fazach: w pierwszej będzie potwierdzał swoją pozycję
jako Mesjasz, jakkolwiek nie ujawni się. Potem ujawni się niektórym
Żydom, niekoniecznie tym uczonym w Piśmie [Torze]. Ujawni się nawet
ludziom prostym. Dopiero wtedy ujawni się On całemu narodowi, a ludzie
będą dziwili się: ‘Czy to jest ten Mesjasz?’ Wielu będzie znało Jego
Imię, lecz nie będzie wierzyło, że ten właśnie jest Mesjaszem”.
Rabin Yitzchak Kaduri powiedział swego czasu swoim studentom, iż “Gdy
Mesjasz przyjdzie, wyzwoli On Jerozolimę spod panowania innych religii,
które chcą rządzić tym miastem. Będą one walczyły pomiędzy sobą.”
Jeden przejrzał – inni dalej nie wierzą…
Pismu
Israel Today udostępniono wiele własnoręcznie sporządzonych przez
rabina Yitzchak Kaduri manuskryptów. To co natychmiast rzuciło się w
oczy specjalistom, była duża ilość symboli przypominających krzyż.
Według żydowskiej tradycji, używanie krzyży i krzyżyków jest
niedopuszczalne. Jak podkreślają specjaliści, nawet używanie zwykłego
znaku plus („+”) jest zabronione, gdyż przypomina on krzyż. Syn rabina
Kaduri, rabin David Kaduri zapytany o znaczenie tych licznych
zakazanych znaków sporządzonych ręką swego ojca, nie jest w stanie
udzielić sensownej odpowiedzi. “To są znaki Anioła” – mówi, lecz
przyparty do muru nie znajduje innej odpowiedzi i stwierdza, że nie ma
pojęcia. Po chwili wyjaśnia jednak, że jego ojciec miał duchowe
spotkania z Bogiem i spotykał w śnie Mesjasza.
Rabin David
Kaduri w mocnych słowach zaprzecza też autentyczności dokumentu. Na
wieść o tym, iż informacja o notatce ukazała się już na oficjalnej
internetowej stronie jego Synagogi [kaduri.net], wybuchnął złością: „O,
nie! To jest profanacja! Ludzie będą uważali, że mój ojciec wskazał na
niego! [czyli Mesjasza Chrześcijan]”.
Kilka tygodni po
ujawnieniu notatki, ortodoksyjni Żydzi z rabinackiej szkoły Nahalat
Yitzak Yeshiva wyjawili reporterom pisma Israel Today, że tajemnicza
notatka rabina Kaduri “nigdy nie powinna była ujrzeć światła dziennego”.
Jezus
Chrystus, Zbawiciel Świata, Prawdziwy i Jedyny Mesjasz, przepowiadany
przez Proroków, został świadomie odrzucony przez Żydów. Żydzi,
podstępnie pojmując, żądając śmierci i doprowadzając do ukrzyżowania
Chrystusa, odwrócili się od Boga i przez dwa tysiąclecia stoją w
opozycji do Chrześcijaństwa i wartości przekazanych całej ludzkości
przez Boga. Niewierny, acz swego czasu umiłowany i wybrany przez Boga
naród żydowski, odegra jednak w ekonomi Zbawienia zasadniczą rolę,
nawracając się w końcu i przyjmując odrzuconego wcześniej Mesjasza –
Jezusa Chrystusa.
Ponad połowa ciąż nieletnich dziewcząt w Hiszpanii kończy się
aborcją – poinformował w tym tygodniu Instytut Polityki Rodzinnej w tym
kraju. Winą za taki stan rzeczy przedstawiciele hiszpańskiego Instytutu
obarczyli obecne przepisy prawne, zezwalające na aborcję w niektórych
wypadkach oraz upowszechnienie pigułki poronnej – podaje Catholic News
Agency.
Instytut poinformował, że w 2007 r. przeprowadzono 604665 „zabiegów”
aborcji, z czego 29036 u dziewcząt w wieku poniżej 20 lat. Spośród 30
tys. nastolatek, które zaszły w ciążę dzieci urodziło 13789 młodych
dziewcząt, podczas gdy 15307 nieletnich uśmierciło swoje poczęte
dzieci. Stanowiło to 53 proc. wszystkich ciąż nieletnich. Dla
porównania odsetek aborcji wśród nieletnich w krajach Unii Europejskiej
wynosi średnio 43 proc.
Prezes Instytutu Eduardo Hertfelder zauważył, że wzrost liczby
„zabiegów” aborcyjnych w Europie następował powoli – w ciągu 10 lat: z
39 do 43 proc. Tymczasem w Hiszpanii wzrost ten nastąpił bardzo szybko
z 39 do 53 proc. Dlatego, jego zdaniem, władze muszą koniecznie coś
zrobić, by powstrzymać ten niepokojący trend. –
Ideologiczna i sekciarska ślepota polegająca na niczym nieograniczonej
promocji pigułki poronnej „dzień po” wśród nieletnich nie może być
dłużej utrzymywana, tak samo jak nie może być lansowane nowe prawo
aborcyjne w formie zaproponowanej przez rząd, które tylko sprowokuje
wzrost liczby aborcjiwśród nieletnich – ostrzegł Hertfelder.
W Hiszpanii do 1985 r. obowiązywał całkowity zakaz aborcji. W 1985 r.
zmieniono prawo, zezwalając na zabicie dzieci poczętych w trzech
przypadkach: gdy ciąża zagraża życiu i zdrowiu fizycznemu lub
psychicznemu matki, gdy powstała w wyniku gwałtu i zostało to zgłoszone
organom ścigania oraz gdy wykryto u płodu poważne upośledzenia
genetyczne, potwierdzone przez dwóch niezależnych lekarzy. Klauzula o
zagrożeniu dla zdrowia psychicznego jest powszechnie wykorzystywana i
praktycznie każda kobieta chcąca dokonać aborcji powołuje się na nią.
W tym roku rząd zaproponował dalszą liberalizację przepisów, proponując
nową ustawę, która wprowadza tzw. prawo do aborcji do 14 tygodnia ciąży
bez konieczności podania przyczyny. Zezwala ono również dziewczętom już
od szesnastego roku życia na uśmiercenie swoich dzieci poczętych bez
wiedzy i zgody rodziców.
http://www.piotrskarga.pl/ps,1978,3,0,1,I,informacje.html 2008-06-27 Hiszpańska komisja parlamentarna odpowiedzialna za sprawy
środowiska zaakceptowała rezolucję, która pozwoli na przyznanie
szympansom, orangutanom i gorylom praw przynależnych człowiekowi.
Chodzi o prawo do życia, wolności oraz zakaz tortur – donosi portal
LifeSiteNews.com.
Projekt rezolucji przygotowany przez komisję ds. środowiska cieszy się
poparciem większości posłów i jest wielce prawdopodobne, że wkrótce
zostanie przegłosowany w parlamencie, tym samym stając się prawem.
– To historyczny dzień w walce o prawa zwierząt i w obronie
naszych ewolucyjnych towarzyszy, który niewątpliwie zapisze się w
historii ludzkości stwierdził Pedro Pozas, szef Projektu Wielkie Małpy w wypowiedzi dla agencji Reuters. –
Nie wiemy, czy wielkie małpy są wykorzystywane do eksperymentów w
Hiszpanii, ale na pewno nie ma prawa chroniącego je przed tym – dodał.
Jeśli rezolucja stworzona przez komisję stanie się obowiązującym
prawem, wówczas nie będzie można np. wykorzystywać małp
człekokształtnych tj. szympansów, goryli i orangutanów w
eksperymentach. Nie będzie można także trzymać małp w zoo, ani ich
filmować czy robić reklam z ich udziałem. Takie są założenia tzw.
Projektu Przetrwania Zrównoważonego Rozwoju Wielkich Małp (WSSD GRASP),
przyjętego przez ONZ, do przestrzegania którego zobowiąże się
Hiszpania, jeśli parlament ostatecznie przyjmie projekt rezolucji
komisji ds. środowiska.
Początek ruchu na rzecz przyznania praw małpom datuje się na rok 1993,
kiedy to organy ONZ UNESCO i UNEP zorganizowały szczyt nt. Partnerstwa
w sprawie Projektu Przetrwania Zrównoważonego Rozwoju Wielkich Małp.
Jednym z intelektualistów stojących za tym ruchem był Peter Singer,
bioetyk z uniwersytetu w Princeton (USA), który optował także za
przyznaniem prawa lekarzom do zabijania dzieci nienarodzonych do 30.
dnia od poczęcia.
Grupa filozofów i etyków zaczęła lobbować w ONZ na rzecz wydania
specjalnej deklaracji w obronie tzw. wielkich małp, która rozszerzała
pojęcie wspólnoty ludzkiej także na wszystkie wielkie małpy.
W rezolucji hiszpańskiej komisji parlamentarnej jest mowa m.in. o tym,
że „Wspólnota równych jest moralną wspólnotą w obrębie której akceptuje
się pewne podstawowe zasady moralne oraz prawa regulujące wzajemne
stosunki we wspólnocie”.
Lista moralnych zasad i praw zawartych w rezolucji komisji obejmuje
trzy prawa, jednak jak zauważa portal LifeSiteNews - ze względu na brak
odniesień do kar - widać, że małpy nie będą ponosiły jakichkolwiek
konsekwencji swoich czynów np. za zranienie lub zabicie człowieka czy
innej małpy w wyniku obrony koniecznej.
Ci którzy obserwują bacznie to co dzieje się w Hiszpanii pod rządami
Zapatero nie powinni być zdziwieni tym, że właśnie tam w pierwszej
kolejności może zostać przyjęta tak bezprecedensowa rezolucja.
Premier socjalistycznego rządu Jose Luis Rodriguez Zapatero podjął się
zadania uczynienia z państwa katolickiego jakim jest Hiszpania –
jednego z najbardziej postępowych krajów Europy. Odkąd doszedł do
władzy Zapatero zalegalizował „małżeństwa homoseksualne”,
zmarginalizował Kościół katolicki i chrześcijańskie dziedzictwo narodu,
zapewnił dostęp do aborcji oraz otworzył drogę innym antyrodzinnym
i antyreligijnym trendom, które obecnie pustoszą Zachód.
Jednak Hiszpania nie jest jedynym krajem, który poważnie zastanawia się
nad przyznaniem zwierzętom praw należnych osobie ludzkiej. W
rzeczywistości szwajcarska Komisja Etyki już wcześniej opracowała
raporty m.in. dotyczące przyznania szczególnych praw ssakom naczelnym i
zwierzętom, a obecnie pracuje nad raportem mówiącym o godności roślin
(sic!).
W raporcie szwajcarskiej Komisji możemy przeczytać; „Członkowie Komisji
jednogłośnie uznają, że arbitralne krzywdzenie roślin jest moralnie
niedopuszczalne”. Do tego typu traktowania zalicza się np. ścięcie
dzikich kwiatów przy drodze bez racjonalnej przyczyny. Komisja
stwierdziła także, że rośliny „są całkowicie wyłączone z absolutnego
posiadania na własność. Zważywszy na tę interpretację nikt nie może
pielęgnować roślin według własnych upodobań”.
John Jalsevac z portalu LifeSiteNews.com komentuje to zdarzenie pisząc,
że podczas gdy tradycyjna judeochrześcijańska moralność zawsze
przyznawała, że stworzenia Boże i natura powinny być traktowane z
szacunkiem, to GAP, Peter Singer i jemu podobni w to miejsce promują
utylitarną filozofię, która zaprzecza zasadniczemu podziałowi na
rośliny, zwierzęta i istoty ludzkie, przyznając wszystkim jednakowe
prawa.
„Oczywiście celem tego nie jest chęć poprawienia traktowania wielkich
małp – co mogłoby być zrealizowane, gdyż już w wielu miejscach przyjęto
specjalne statuty chroniące je – lecz cel jest wyraźnie rewolucyjny:
umniejszyć wartość istoty ludzkiej jako niepowtarzalnej i sprowadzić ją
do roli kolejnego zwierzęcia w lesie” – napisał w swoim blogu bioetyk
Wesley Smith, komentując sprawę rezolucji w Hiszpanii.
„Gdy ludzie przyjmą założenie, że chrześcijańska filozofia ma być
zgilotynowana, wówczas pozwolą ruchowi utylitarnemu posuwać się
nieskrępowanie doprowadzając w rezultacie do tego, że moralna wartość
ludzi słabych i upośledzonych stanie się archaiczna, tym samym pozbawi
się ich prawa do życia i zezwoli na instrumentalne wykorzystywani przez
tych, którzy uznają się za bardziej wartościowych”.
Smith konkluduje: „W świecie, który rodzi się z popiołów do świętości,
etyczne zrównanie życia ludzkiego z innymi istotami doprowadzi do tego,
że etyka będzie subiektywna a prawa doraźne, zależne od indywidualnej
zdolności. Doczekamy się czasów, w których małpy – zwierzęta całkowicie
nieświadome wrzawy podniesionej w ich imieniu przeciwko wartości
człowieka – będą postrzegane jako bardziej wartościowe niż niektórzy
ludzie”.